Blog przeniesiony

Informuję, że od listopada 2014 niniejszy blog jest prowadzony na nowej stronie xjacek.bartymeusz.pl

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Homilie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Homilie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2014

O Trójcy Świętej - homilia z 18.05.2008.

Jakiś czas temu byłem w Błoniu, parafii św. Trójcy, w której się wychowałem. W ołtarzu kościoła znajduje się duży obraz, na którym widać stojących na kuli ziemskiej starca oraz młodszego człowieka z krzyżem oraz fruwającego nad nimi gołębia. Oczywiście obraz przedstawia prawdę w sposób szczególny dzisiaj czczoną. Trójca Święta, to Bóg Ojciec (przedstawiony jako starzec), Syn Boży (z krzyżem) oraz Duch Święty (często przedstawiany jako gołębica). Warto sobie uświadomić kto należy do Trójcy Świętej, bo nieraz spotkałem się z włączaniem do Niej Maryi, albo wręcz sama Trójca bywa mylona ze Świętą Rodziną z Nazaretu.

Obraz z Błonia wyraźnie pokazuje nam 2 osoby i jednego gołębia - oddzielone od siebie. Jak to się, zatem, ma do tajemnicy dzisiejszego dnia? Jak trzy osoby mogą stanowić jedno? Niejaką odpowiedzią na to pytanie może być właśnie rodzina. Jest ona jedna, a składa się nieraz z trzech członków. Tak ojciec, jak i matka, mają inne zadania w życiu i w rodzinie. Jednakże tym, co ich łączy jest miłość. Owocem tej miłości jest dziecko, którego pojawienie się na świecie zazwyczaj zdecydowanie cementuje związki małżeńskie rodziców. Warto sobie przy okazji wyjaśnić, że chociażby z tego powodu, że nasze rodziny mają być przesiąknięte miłością na wzór Trójcy Świętej, iż miłość małżonków musi być płodna i otwarta na innych - w tym głównie na owoce miłości, jakimi są dzieci.

Trochę inne wyjaśnienie możliwości pogodzenia jedności Boga z trzema osobami da się znaleźć wjeżdżając do tegoż Błonia. Herbem tego miasta jest trójząb, zakończony koniczynkami. Sam w sobie trójząb jest przykładem jednej rzeczy, która składa się trzech zakończeń. Podobnie dobrym przykładem Trójcy Świętej jest koniczyna, którą widujemy nie tylko na łące, ale także na wspomnianym herbie. Koniczyna, chociaż jest jedna prawie zawsze ma trzy liście. Da się zatem pogodzić trzy oddzielne rzeczy w jednej.

Można by próbować jeszcze szukać innych przykładów, które mimo, że są trzy, tworzą jedną całość, ale nigdy nie będziemy mieli pełnego wyjaśnienia tajemnicy Trójcy Świętej. Tak naprawdę nie da się tego do końca zrozumieć. Wiedział o tym św. Augustyn i wielu świętych, którzy chcieli dzisiejszą tajemnicę zgłębić. Potrzeba czegoś więcej. Potrzeba odpowiedniej łaski z nieba - niemalże takiej, jaką otrzymał w dzisiejszym pierwszym czytaniu Mojżesz. Potrzeba, aby Bóg nam się objawił. Oczywiście trudno, abyśmy mogli tak jak jeden z najważniejszych ludzi w historii zbawienia, na ziemi oglądali Boga twarzą w twarz - to nas czeka dopiero w niebie. Jednakże bez Objawienia nadprzyrodzonego, tajemnicy Trójcy Świętej nie zrozumiemy. Ale Bóg nam się objawił. Przyjście Jezusa na świat pozwoliło nam poznać i zobaczyć Boga. Chrystus mówi: „Kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał” (J 12,45). Jezus objawił się i swojego Ojca apostołom, ale także i nam objawia. To otwarcie się na Chrystusa - na Jego Słowo i łaski pozwoli nam lepiej zrozumieć i uwierzyć. Wszak nieprzypadkowo św. Paweł pisze, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy” (Rz 10,17). 

Moi drodzy! Dzisiejsza uroczystość objawia nam ogromną tajemnicę - Bóg, mimo tego, że jest jeden, jest w trzech osobach. Trudno to zrozumieć. Korzystajmy z różnych przykładów, które pomogą nam uwierzyć, ale pamiętajmy, że do tej prawdy możemy dojść tylko poprzez łaskę od Boga. Chcąc w to uwierzyć, otwierajmy się na Słowo Boże, przyjmujmy Boga do serca, w sakramencie Eucharystii i przez dłuższy trwajmy w Chrystusie na dobre i na złe, a wiele rzeczy nam się wyjaśni i otworzą się oczy naszego serca na dzisiejszą i inne tajemnice.

czwartek, 29 maja 2014

Uzdrowienie i uwolnienie jako proces

Często w rozmowach z ludźmi pojawia się ich wątpliwość co do skuteczności działania Boga. Dotyczy to różnych modlitw, a także nabożeństw, o uwolnienie i uzdrowienie. Wiele osób nie widzi efektów modlitw. A jeśli nawet są one zauważalne, to bywają chwilowe. Często też jest tak, że Jezus przychodzi z łaską uzdrowienia lub uwolnienia. Ale jeszcze wiele spraw i ran pozostaje w człowieku. Dlaczego tak się dzieje?

Bardzo kluczowym zdaniem w Ewangelii, dotyczącym uwolnienia jest "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" (J 8,32). Niewątpliwie w tym zdaniu jest duża część odpowiedzi, jak doświadczyć wolności (w różnym sensie - także wolności od choroby). Śp. o. Rufus Pereira mówił kiedyś, że, aby uzdrowić kogoś, trzeba dokładnie poznać prawdę o przyczynach choroby. Zazwyczaj gdzieś jest jakiś korzeń zła, którego owocem jest choroba (bądź zniewolenie). I o. Rufus mówił, że jeśli znajdzie się przyczynę choroby, to wszelką chorobę można uzdrowić. Z drugiej strony niemalże nie da się uzdrowić choroby, nie znając jej przyczyny. Oczywiście piszę tu "niemalże", bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Ale dla nas po ludzku potrzebna jest prawda o wszelkich przyczynach naszych problemów. Gdy znajdziemy te przyczyny, przebaczymy winowajcom (i często sobie, nieraz w pewnym sensie i Bogu), i oddamy to pod panowanie i działanie Jezusa, mamy dużą szansę na uzdrowienie.

Ale pojawia się pytanie, czemu często to nie wystarcza do uzdrowienia? Przyjrzyjmy się dłuższej wersji cytowanego przeze mnie fragmentu Ewangelii wg św. Jana: "Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli." (J 8,31-32). Widzimy tu pewne dodatkowe warunki potrzebne do poznania prawda, która to prowadzi do wolności. Trwać w nauce Jezusa. Trwać - tzn. w sposób trwały - stale. Aby trwać w nauce, to trzeba ją poznawać i ją wcielać w życie. A także mamy stawać się prawdziwymi uczniami Jezusa. Prawdziwy uczeń Jezusa, to nie tylko ten, kto słucha słów Nauczyciela, ale wciela je w życie. Głównym zadaniem ucznia Jezusa jest głoszenie Ewangelii: "Idźcie na cały świat i czyńcie uczniów ze wszystkich narodów". Można powiedzieć, że prawdziwym uczniem Jezusa jest ten, który następnego ucznia do Jezusa przyprowadzi. 

Nie da się ukryć, że takie warunki do poznawania prawdy i wolności, są trudniejsze niż "tylko" (lub "aż") szukanie prawdy. Ale należy stąd wyciągnąć wniosek, że mamy trwać w nauce Jezusa i głosić jego Ewangelię, potwierdzając Ją swoim świadectwem i przykładem życia, poprzez co pociągając innych ku Zbawicielowi. Tu ogromną pomocą, czy wręcz powinnością, jest zaangażowanie się w dzieła ewangelizacyjne Kościoła, najlepiej w jakiejś żywej ewangelizacyjnej wspólnocie.

Inną odpowiedź, pokazującą, że przyznanie się do prawdy nie musi od razu oznaczać całkowitej wolności i uzdrowienia, może dać zdanie z wczorajszej Ewangelii: "Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz /jeszcze/ znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy" (J 16,12-13a). Jezus wyjaśnia, że, na obecną chwilę, nie każdy człowiek jest w stanie poznać całej prawdy o sobie. Byśmy mogli sobie z tą prawdą nie poradzić. Ona czasami wręcz potrafi zabić. Bóg odsłania nam prawdę o sobie tylko w takim zakresie, w jakim możemy ją przyjąć i wykorzystać ku dobru. Ale Jezus mówi o doprowadzaniu do prawdy dzięki Duchowi Świętemu. Z tego zdania wynika ważna rola Ducha Świętego. A także widać potrzebę procesu. "Doprowadzić" oznacza czynność rozłożoną w czasie. Podsumowując ten ostatni cytat można stwierdzić, że Jezus z troski przesiąkniętej miłością względem nas, na razie nie wszystko nam pokazuje, ale daje nam Ducha Świętego, który będzie nas prowadził (i doprowadzi) do całej prawdy. Do prawdy, która da wyzwolenie (i uzdrowienie). Ale oczywiście trzeba się na tego Ducha Świętego stale otwierać. I znów z pomocą przychodzi żywa, modląca się i zaangażowana wspólnota.

A co jeśli i to nie pomoże? Być może, będąc uczniem Jezusa, otwierając się na Ducha Świętego i wzrastając we wspólnocie, nie zostaniesz uzdrowiony z tego, co początkowo chciałeś. Ale Bóg pokaże Ci prawdę o co Jemu naprawdę chodzi. Zapewne doświadczysz Jego miłości i pokoju w sercu. I stwierdzisz (odkryjesz prawdę), że uzdrowienie według Twoich planów nie jest takie istotne, bo to, co Ci Bóg dał jest sporo lepsze i wspanialsze niż to mogłeś sobie nawet wymarzyć.

Czy warto zatem starać się o uzdrowienie? Oczywiście, że tak. Jezus chce Cię naprawdę uzdrowić. I wierzę, że uzdrowi Cię także z tego, co jest Twoim głównym zranieniem/zniewoleniem. Ale sporo ważniejsze jest, że poznasz Prawdziwą Miłość, dla której warto żyć. Zatem nie bój się wejść na drogę, którą Ci Jezus wskazuje. Nie bój się ogłosić Go jedynym Zbawicielem i Panem. Nie bój się stawać Jego uczniem i czynić kolejnych Jego uczniów. Nie bój się otworzyć na Ducha Świętego i zaangażować się we wspólnocie. Bo "doskonała miłość usuwa lęk" (1J 4,18). Zaufaj Panu, a nie będziesz żałować.

środa, 30 stycznia 2013

Olśniło mnie

Dziś mnie olśniło. Wprawdzie główną myśl tego, co tutaj napiszę już chyba kilka razy słyszałem, ale dopiero teraz trafiło do mnie, dlaczego przykład z dzisiejszej Ewangelii jest używany w kontekście Ewangelizacji.

Oczywiście na początku trzeba wyjaśnić, że odnoszę się do Przypowieści O Siewcy. Zawsze myślałem o tej przypowieści w kontekście odbioru Słowa Bożego. Zawsze ludziom mówiłem, że trzeba być żyzną glebą itp. Oczywiście to jak najbardziej prawda. Tyle tylko, że chyba za mało skupiałem się na kwestii samego obfitego plonu (trzydziestokrotnego, sześćdziesięciokrotnego, czy stukrotnego). Tak sobie myślałem - będziesz bardziej żyzną glebą, będziesz coraz świętszy. I to cały czas jest prawda. Prawdą też jest, że podchodzenie do wiary na sposób emocjonalny, brak właściwego środowiska do wzrostu oraz troski doczesne (np. praca, utrzymanie rodziny, inne zajęcia, zachowawcze podejście do zaangażowania w wiarę, a także np. skupienie na cielesności) utrudniają wydawanie plonu. 

To wszystko prawda i ileś z tych rzeczy wielokrotnie ludziom mówiłem. Ale dziś trafiła do mnie istota tego wszystkiego - mianowicie PLON. Jaki plon wydają ziarna zboża rzucone w glebę? Kolejne ziarna zboża. Jaki plon w takim razie powinno wydać ziarno Słowa rzucone w glebę naszego serca? Kolejne Słowa, rozrzucane wokół nas. Oczywiście wokół nas znowu będą ludzie o różnych sercach, o różnym przeżywaniu wiary, wychowani w różnych środowiskach, troszczących o sprawy przyziemne. Ale naszym zadaniem jest siać. A to, na ile ludzi się nawróci zależy przede wszystkim od Boga, ale także od tego, jakimi my jesteśmy glebami. 

Przypowieść o siewcy zatem nie skupia się tylko na naszej wierze, a na przekazywaniu Słowa Bożego innym. Dopiero wtedy można powiedzieć, że nasze serca są żyzną glebą, gdy dzięki naszej wierze i naszemu głoszeniu Ewangelii, inni nawrócą się do Boga. 

Powinno teraz pojawić się pytanie: Jak żyzną jesteś glebą? Ile osób dzięki Tobie się nawróciło? 30? 60? 100? A może jeszcze nikt? Może za bardzo troski codzienne zagłuszają w Tobie konieczność głoszenia Ewangelii? A może nie bierzesz na serio ostatnich słów Jezusa, które przed wniebowstąpieniem powiedział do wszystkich uczniów: "Idźcie i nawracajcie wszystkie narody" (dosłownie "idźcie i czyńcie uczniów spośród wszystkich narodów")? Może nie wierzysz, że Jezus będzie Cię wspierał, rozwiązywał Twoje problemy i o wiele rzeczy się zatroszczy? Przecież powiedział: "jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata". Ewangelizacja, to zadanie każdego ucznia Chrystusa. Nie tylko mnie, jako księdza, ale także i Ciebie. Nie wypełniając tego zadania nawet trudno powiedzieć, że sami jesteśmy uczniami. Bo cóż to za uczeń, który nie wypełnia wezwania swojego nauczyciela... Zatem głośmy i wydawajmy plon... trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stukrotny. Głośmy Ewangelię, a Bóg te plony będzie pomagał nam wydawać.


W sumie tu mógłbym zakończyć. Ale kilka uwag do tego - w kontekście różnych podłoży z przypowieści:
Po pierwsze - wydanie plonu stukrotnego, nie musi oznaczać nawrócenia stu osób. Być może masz pomóc się nawrócić 3-4 osobom. A jak te kilka osób ogłosi Ewangelię następnym, a ci jeszcze następnym. To grono ludzi, w których ziarno słowa, które wyszło z Twoich ust, przyczyni się do nawrócenia blisko stu osób. W taki sposób ważne jest nie tylko, by kogoś ewangelizować, ale także uczyć innych ewangelizować oraz uczyć tych, co będą innych uczyć... :)
Po drugie - trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie Twoje słowa, doprowadzą do nawrócenia człowieka. To nie tylko od Ciebie zależy. Przecież oni mają różne serca i różne podłoża gotowe przyjąć Ewangelię. Zazwyczaj, by się nawróciły te 3-4 osoby, potrzeba głosić Ewangelię sporo większej grupie ludzi.
Po trzecie - aby gleba była żyzna potrzeba wody. Aby nasze serca były żyzne potrzeba wody żywej - Ducha Świętego. Nie da się Ewangelizować tylko swoją mocą. Potrzeba mocnej współpracy z Duchem Świętym. A to jest możliwe tylko dzięki modlitwie, lekturze Słowa Bożego, sakramentom i czynom miłości.
Po czwarte - potrzebne jest właściwe środowisko, by szatan nas nie wyciągnął - potrzebna jest solidna Wspólnota ludzi, którzy nie tyle fajnie ze sobą żyją, co razem wspólnie ewangelizują - to jest bardzo ważne. Wspólnota, to nie koło wzajemnej adoracji, tylko grupa osób, która ma jasny cel (stawania się uczniami Chrystusa, czyli także czynienia uczniami innych) i go wspólnie realizuje.
Po piąte - ważne jest, by wiara nie sprowadzała się tylko do emocji i momentów, w których będzie mi się chciało. Wiara nasza musi być trwała i dojrzała. A skąd ją czerpać? Z tego, co tu powyżej napisałem. Ale należy pamiętać, że "wiara rodzi się z tego, co się słyszy". Więc potrzeba samemu zagłębiać się w Słowo Boże, poznawać Je, wręcz studiować. Ważna jest stała formacja duchowa człowieka, życie sakramentalne, stawanie w prawdzie przed Panem i ludźmi. 

Na zakończenie jeszcze sformułowanie, które kiedyś usłyszałem, które brzmi paradoksalnie, wręcz śmiesznie, jest jednak bardzo trafne: "Wiara wtedy się mnoży, gdy się dzieli". Tzn. wtedy wzrasta nasza wiara, gdy się nią dzielimy z innymi ludźmi. Wtedy dopiero stajemy się żyzną glebą, która wydaje ogromne owoce.

sobota, 24 listopada 2012

Małżeństwo i śmierć

Nie... wcale nie wracam do pisania postów. Nie wiem, czy i kiedy to się stanie. Ale tak mnie naszło, by dziś napisać. Bo pewna moja refleksja nad dzisiejszą Ewangelią mnie samego zaskoczyła. Początkowo zastanawiając się nad tym, co można by ludziom powiedzieć o dzisiejszej Ewangelii, nie wiedziałem o czym tu mówić. Jednakże Duch Święty, po krótkiej modlitwie, doprowadził mnie do ciekawych wniosków, którymi chcę się podzielić.

W dzisiejszej Ewangelii saduceusze przychodzą do Jezusa i dają przykład siedmiu braci, którzy umierali bezdzietnie, biorąc kolejno jedną kobietę za żonę. Pojawiło się pytanie, czyją żoną będzie ta kobieta po zmartwychwstaniu. Zaciekawiła mnie odpowiedź Jezusa. Część z niej brzmi: "w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić" (Łk 20,36b). Ale to oczywiście nie koniec, bo Jezus za chwilę tłumaczy (bo chyba tak należy rozumieć słowo "bowiem") dlaczego nie będzie tych małżeństw: "Już bowiem umrzeć nie mogą" (Łk 20,37a). Co z tego wynika? Ludzie w niebie nie będą się żenić, ani za mąż wychodzić, bo nie mogą już umrzeć. A zatem nie można być w małżeństwie, kiedy nie można umrzeć. A dalej idąc za tą myślą - MAŁŻEŃSTWO JEST NIEROZŁĄCZNIE ZWIĄZANE Z UMIERANIEM. Nie można iść do małżeństwa (a tak naprawdę realizować jakiegokolwiek życiowego powołania), bez gotowości umierania. Człowiek w małżeństwie ma umierać (albo obumierać) dla współmałżonka. Czyli być gotowym każdego dnia tracić, czy wręcz wyniszczać siebie dla miłości.

Domyślam się, że już w tym momencie mógłbym usłyszeć głosy, że postradałem zmysły i mogą pojawić się pytania, czy w ogóle warto się żenić/wychodzić za mąż. Bo przecież tak się nie da, by stale umierać. I wydaje się po ludzku, że to zupełnie bez sensu. 

Ale ja bym tak szybko nie zakończył takiej refleksji nad Ewangelią, bo jednak mowa w niej jest o zmartwychwstaniu i o tym, że Bóg, jest Bogiem żyjących. To znaczy. Bóg daje życie. Poprzez sakramenty przechodzimy od śmierci do życia. Zatem myślę, że konkluzja powinna być taka. W małżeństwie (a w sumie w całym życiu) mamy być gotowi na stale obumieranie dla miłości, jednakże musimy także czerpać od Tego, który daje nam życie. I oto - można by tak stwierdzić, że sakrament małżeństwa jest sakramentem, który pomaga dla drugiej osoby umierać, a sakrament Eucharystii pomaga nam to życie odzyskać i nim żyć. 

Wiele małżeństw tego nie rozumie i wydaje się im, że wystarczy ślub kościelny, by wszystko w rodzinie było w porządku. Ale ten pseudo-porządek można by porównać do sytuacji, gdyby Jezus na krzyżu umarł i już więcej nie zmartwychwstał

Zatem moi drodzy. Żyjmy miłością - w małżeństwach, w rodzinach, w powołaniu życiowym, będąc gotowi na umieranie każdego dnia razem z Chrystusem. Jednakże nie trwajmy w tej śmierci, lecz dzięki sakramentom pokuty i pojednania oraz Eucharystii na nowo (prawie) każdego dnia powstawajmy z tej śmierci do życia w obfitości.

niedziela, 12 lutego 2012

Homilia z 12.02.2006.

Dziś w Ewangelii słyszymy o oczyszczeniu trędowatego. Niby nic nadzwyczajnego – przecież prawie co tydzień słyszymy o cudach Pana Jezusa i o licznych uzdrowieniach. A jednak całość dzisiejszej liturgii słowa każe nam spojrzeć szerzej i przyjrzeć się opisanemu wydarzeniu. 

Obecnie trąd jest mało znaną chorobą. Wiemy, że trędowatymi zajmowała się błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, także ojciec Marian Żelazek, który kilka lat temu zgłoszony był do pokojowej Nagrody Nobla. Zapewne także dla wielu z nas choroba ta kojarzy się z tytułem filmu i powieści Heleny Mniszkówny. Warto jednak przyjrzeć się istocie prawdziwej choroby i konsekwencjami dla człowieka dotkniętego trądem. Była to szczególna choroba, która nie tylko powodowała cierpienia człowieka, ale przede wszystkim wyłączała go ze społeczeństwa. Pierwsze dzisiejsze czytanie pokazuje nam, jak Prawo przekazane ludziom przez Mojżesza nakazuje traktować osoby trędowate. Osoba dotknięta trądem miała mieszkać w odosobnieniu, chodzić w porwanych szatach, z potarganymi włosami i zasłoniętą brodą, powinna innych ostrzegać wołając o swojej nieczystości. Przepisy prawne dotyczące nieczystości wynikającej z kontaktu z trędowatymi były analogiczne jak w przypadku kontaktu z nieżywym człowiekiem. W ten sposób trędowaty stawał się dla społeczeństwa niemalże jak człowiek martwy. Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o tym, aby takie osoby przyprowadzać do kapłanów, którzy ustalali chorobę i związaną z nią nieczystość, a także po oczyszczeniu z trądu uznawali za czystego. Przepisy prawa ustalały odpowiednie ofiary dla Boga po oczyszczeniu. 

Znając problemy związane z życiem trędowatego, łatwiej zrozumieć dzisiejszą Ewangelię. Do Pana Jezusa podchodzi człowiek dotknięty trądem. Niewątpliwie musiał się w tym momencie narazić na spojrzenia otaczających Chrystusa ludzi. Wie, że nie powinien się zbliżać i uprzedzić o swojej obecności. A jednak łamie pewne stereotypy i podchodzi. Z wiarą wyznaje, że wie, iż Pan Jezus może go oczyścić. Tak też się staje. Chrystus zlitował się nad chorym. Ktoś mógłby zapytać, czy nie bał się stać nieczystym. Warto sobie przypomnieć, że według Jego słów, prawdziwa nieczystość wypływa nie z zewnątrz lecz z serca człowieka (por. Mk 7,14-23). Pan Jezus po uzdrowieniu zabrania człowiekowi rozgłaszania o dokonanym cudzie. Może dziwić, dlaczego nie chce rozgłosu. Otóż wprawdzie Pan Jezus czynił cuda, aby ukazać chwałę i moc Bożą, jednak nauczanie o Jego mocy dla większości ludzi miało pozostać tajemnicą aż do zmartwychwstania. Uzdrowiony człowiek nie wypełnił tej prośby. Zapewne nie było to zlekceważenie polecenia, ale podzielenie się wielką radością. Ten człowiek, który przed chwilą był niemalże jako wyłączony ze społeczeństwa martwy, staje się zdrowym, pełnowartościowym człowiekiem. Nie był w stanie zachować radości dla siebie. 

Sytuacja opisana w dzisiejszej Ewangelii w pewnym stopniu wielokrotnie pojawia się w naszym życiu. Każdy z nas ma jakieś problemy. Nieraz są one bardzo skryte, wewnętrzne, a bywają takie, o których każdy z zewnątrz wie, a których bardzo się wstydzimy. Problemem mogą być choroby, grzechy, kompleksy, ale także kłopoty finansowe, w pracy, w szkole, w domu. Z tymi problemami próbujemy walczyć w najróżniejszy sposób, ale głównie własnymi siłami. Często jednak uświadamiamy sobie, że stoimy przed problemem, którego nie sposób rozwiązać. W takim przypadku, albo się poddajemy i uciekamy w jakieś inne problemy, albo uświadamiamy sobie, że jest Ktoś, kto mógłby nam pomóc. Tym Kimś jest Bóg. Człowiek, który ma przynajmniej trochę wiary, zaczyna prosić Boga o pomoc. Często jednak w początkowym stadium jest to chęć wymuszenia na Bogu pomocy. Dopiero człowiek głębiej wierzący, albo taki, który bardziej doświadczył swojej bezradności i konieczności zdania się na Boże Miłosierdzie, zaczyna zgadzać się z Wolą Bożą i mówić do Boga „jeśli chcesz”. Te słowa, wypowiadane dziś w Ewangelii łączą ze sobą prośbę o uzdrowienie oraz otwartość na Wolę Ojca w niebie. To jest wzór modlitwy, która miła jest Bogu. Podobnie modlił się Pan Jezus w Ogrójcu: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). Gdy w taki sposób zanosimy modlitwy, gdy jesteśmy otwarci na Boże działanie i gotowi ze spokojem pogodzić się z Wolą Bożą, wówczas Pan Bóg odpowiada na nasze prośby. 

Po otrzymaniu daru od Boga – po naszym uzdrowieniu, nieraz pojawia się inny problem. Zachowujemy się, jakbyśmy niczego i nigdy nie doświadczyli. Brakuje naszej wdzięczności, przekonania o wyjątkowym działaniu Boga. Dodatkowo nawet w przypadku wewnętrznej wdzięczności boimy się tę wdzięczność okazywać publicznie. Rzadko kiedy opowiadamy o działaniu Pana Boga w naszym życiu. A trzeba sobie uświadomić, że to jest ogromnie ważne. Święty Paweł mówi w Liście do Rzymian: „Sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia” (Rz 10,10). Nie da się oderwać wielkiej radości ze Zmartwychwstania Pana Jezusa i z Jego działania w naszym życiu od głoszenia tego otaczającym nas ludziom. Nie możemy wiary zostawiać tylko sobie samemu, ale trzeba nią się dzielić. 

Moi drodzy! Dzisiejsza Ewangelia, nazajutrz po Dniu Chorych, pokazuje jak powinna wyglądać nasza współpraca z Chrystusem, którego prosimy o uzdrowienie bądź inną pomoc. Potrzeba pokory, wzywania o pomoc, nieraz złamania pewnych stereotypów, ale przede wszystkim zgadzania się z Wolą Bożą. Ważne jest jednak, abyśmy potrafili za działanie Boga podziękować. Nasza wdzięczność nie może się ograniczać tylko do słów podziękowania, ale także do czynów – chociażby udziału w Mszy świętej lub pomocy innym – oraz do głoszenia innym ludziom o ogromnej mocy Boga i Jego działaniu w naszym życiu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Homilia z 18.01.2009.

Pierwsze niedziele okresu zwykłego nawiązują w liturgii słowa do początku działalności Pana Jezusa. Syn Boży w tym czasie powoływał różnych ludzi na swoich uczniów i apostołów. Temat powołania, które zapewne jest najważniejszym zadaniem stawianym każdemu człowiekowi, jest bardzo rozległy. Każdy z nas jest powołany do świętości realizowanej w najróżniejszy sposób – czy to w małżeństwie, czy kapłaństwie lub zakonie, a nieraz na różnych odcinkach życia. Wśród wielu problemów dotyczących powołania, jeden z najważniejszych dotyczy rozeznania powołania, a później jego realizacji. Gdy zastanawiam się nad swoim wyborem drogi życiowej, dokonanym kilka lat temu, widzę wiele wspólnego z dzisiejszą liturgią słowa. 

Choć już w dzieciństwie myślałem o możliwości zostania księdzem, to jednak najważniejsze wydarzenia miały miejsce w trakcie trzeciego roku podjętych przeze mnie studiów informatycznych. W tamtym czasie zupełnie nie myślałem o możliwości pójścia drogą powołania kapłańskiego. Jak wszyscy młodzi ludzie borykałem się z wieloma problemami, szczególnie tymi, które dotyczą nas samych, naszej grzeszności, naszej łatwości ulegania pokusom. W naszej walce z grzesznością nie jesteśmy jednak pozostawieni sami sobie. Bóg daje nam jako przykład wielu świętych, jak choćby Maryja i święty Józef. Wielu ludziom zalecam modlitwę do tych wielkich świętych. Nie ma jednak większej pomocy niż łaska sakramentalna, którą Bóg daje nam w trakcie spowiedzi i Komunii św. Potrzebujemy również pomocy osób, które Pan Bóg stawia na naszej życiowej drodze – mówię tu między innymi o kapłanach, spowiednikach, którzy podobnie jak Jan Chrzciciel w dzisiejszej Ewangelii wskazują Zbawiciela, przedstawiając Go jako Baranka Bożego gładzącego wszelki grzech świata. Podobnie było i w przypadku mojego powołania. Poznałem księdza, który pomógł mi iść przez moje życie pełne problemów. Dzięki współpracy z nim, a także dzięki coraz bardziej regularnemu korzystaniu z sakramentów moje drogi zaczęły się prostować, a problemy odchodzić na dalszy plan. 

W trakcie mojego korzystania z posługi tamtego księdza pojawiła się jeszcze jedna ważna sprawa. Zostałem zachęcony, aby regularnie sięgać po Pismo Święte, czytać i zastanawiać się, co Bóg chce do mnie powiedzieć. Kilka miesięcy mojego ówczesnego życia zaczęło przypominać scenę z dzisiejszego pierwszego czytania. Za Samuelem niemalże powtarzałem słowa: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9). Jednocześnie miałem szansę bliżej poznać Pana Jezusa i dowiedzieć się więcej o Nim – podobnie jak to było z apostołami w dzisiejszej Ewangelii. Ta lektura Pisma Świętego, wsłuchiwanie się w Słowo Boże połączone z regularnym korzystaniem z sakramentów, ze współpracą z kapłanem wskazującym drogę do Chrystusa, a jednocześnie otwartość i szczerość w wyznawaniu swej grzeszności na spowiedzi, pozwoliła otworzyć się na głos Boga i zwiększyć wrażliwość mojego serca. Dzięki temu wszystkiemu miałem szansę poznać prawdę, która, chociaż z trudem, ale wyzwala i prowadzi do wolności, a przez nią do Boga. Tamte kilka miesięcy mojego życia przygotowało serce na powracające z dzieciństwa myśli o kapłaństwie. W ciągu niespełna roku moje postrzeganie otaczającej rzeczywistości zmieniło się na tyle, że gdy ponownie usłyszałem wewnętrzne wezwanie Pana Jezusa „Pójdź za mną”, niemalże z dnia na dzień zostawiłem wszystko ze studiami włącznie, poszedłem za Mistrzem, aby łowić ludzi (por Łk 5,10) i podobnie jak apostołowie zostałem u Niego (por. J 1,39). 

Ktoś mógłby zapytać po co ja o tym wszystkim mówię, piszę… Przecież mało kto z nas zostanie kapłanem, a dodatkowo każde powołanie jest różne. To prawda. Ale zbieżność mojego powołania z tematyką dzisiejszej liturgii słowa pokazuje, że takie sprawy, jak wsłuchiwanie się w Słowo Boże, życie sakramentalne, walka z grzesznością i współpraca z ludźmi, którzy pokazują i prowadzą do Chrystusa, są bardzo ważne w rozeznaniu swojego powołania. I jeśli pragniemy nasze powołanie rozeznać i zrealizować, to nie powinno tych elementów w naszym życiu zabraknąć.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Homilia z 1.01.2006

Umieszczane na tym blogu homilie z gazetki parafialnej, zazwyczaj sięgają 3 lata wstecz. Jednakże podobną gazetkę wydawałem także w poprzedniej parafii. I oto dziś umieszczam homilię sprzed 6 lat.

Dzisiejszy dzień kojarzy się przede wszystkim z rozpoczęciem nowego okresu w życiu człowieka. Przed nami wiele chwil - zarówno tych pięknych i wzruszających, jak i niestety smutnych, trudnych. Nikt z nas nie wie, co się w tym roku wydarzy. Nikt z nas także nie może zapewnić sobie pomyślności w tym roku. Ten, który może nam pomóc przeżyć rok pomyślnie, to tylko sam Bóg. Wśród życzeń, które składamy sobie z okazji Nowego Roku nie powinno zabraknąć i takich, aby Bóg się nami opiekował, aby nam błogosławił. Nie przypadkowo dzisiejsze pierwsze czytanie oraz psalm wzywają Boga, aby obdarzał nas błogosławieństwem. Tylko Boże działanie może ustrzec nas od niebezpieczeństw, a prowadzić ku pokojowi, szczęściu i zbawieniu. 

Bóg stale obdarza nas swoimi łaskami. Przed przyjściem Chrystusa ludzie byli niemalże niewolnikami grzechu. Żyli w świecie otoczonym przez zło, przez wiele przeciwności losu. Naród izraelski był wielokrotnie w niewoli politycznej – czy to egipskiej, czy syryjskiej, asyryjskiej, a także rzymskiej. Pan Jezus przychodząc na ziemię uczynił ludzi wolnymi, dał im wolność wewnętrzną. Nikt z nas od czasu zmartwychwstania Syna Bożego nie musi być pod panowaniem grzechu, który prowadzi do śmierci. Mówi o tym dzisiejsze drugie czytanie. Pokazuje ono również ważną rolę Maryi w dziele zbawczym. To dzięki Maryi mógł narodzić się Syn Boży. Ona to urodziła nie tylko Jezusa-człowieka, ale również Jezusa-Boga. Przez kilka pierwszych wieków w Kościele pojawiały się różne herezje zaprzeczające tej prawdzie. A jednak na soborze w Efezie w roku 431 została ona oficjalnie ogłoszona. Maryja jest Matką Bożą. To dzięki tej godności Maryja może odbierać tak wielką cześć w Kościele. Takie uroczystości jak Wniebowzięcie Maryi, Niepokalane Poczęcie i inne ważne święta maryjne miałyby o wiele mniejszą rangę lub może w ogóle nie miałyby miejsca, gdyby nie prawda o Jej Bożym macierzyństwie. 

Maryja jako matka Boga jest dla nas znakiem działania Boga i Jego błogosławieństwa. Jednak największym znakiem, który Bóg nam dał pokazując chęć błogosławieństwa jest sam Jezus. Dzisiejsza Ewangelia w jednym zdaniu opisuje wydarzenia mające miejsce ósmego dnia od urodzenia Chrystusa. Dziś dokładnie przeżywamy ósmy dzień oktawy Narodzenia Pańskiego, więc dziś powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na ten fakt. Liturgia obecnie mało mówi o nadaniu imienia Synowi Bożemu. Moment nadania imienia każdemu z nas kojarzy się z chrztem dziecka. W Prawie Starego Przymierza łączyło się ono z obrzezaniem, które - podobnie jak dziś chrzest - wprowadzało człowieka do ludu Bożego (por. Rdz 17, 12). W starożytności imię miało ogromne znaczenie – oznaczało istotę tego, który to imię nosił. Przykładowo imię Abraham oznaczało „ojciec mnóstwa”; Izrael oznacza „walczący z Bogiem” – na cześć pamiętnej walki Jakuba z aniołem; imię Mojżesz nawiązuje do wydobycia z wody. Imię Boga Jahwe oznacza istnienie – Bóg zawsze i wszędzie jest obecny. Można wymieniać tu wiele innych przykładów – chociażby imiona archaniołów – Michał, Gabriel i Rafał, które oznaczają „któż jak Bóg”, „mąż Boży” (lub „wojownik Boży”), oraz „Bóg uleczył”. Również nazwy określające Syna Bożego mówią wiele o jego istocie: Emanuel, to „Bóg jest z nami”. Natomiast imię Jezus oznacza „Bóg wybawia”. Rzeczywiście w Panu Jezusie Bóg daje nam wybawienie z problemów, z niewoli grzechów, ze śmierci wiecznej. 

Imię Jezusa jest dla nas ważne nie tylko ze względu na jego hebrajskie znaczenie. O ważności imienia Pana Jezusa mówi wielokrotnie Pismo Święte. Dzięki temu świętemu imieniu możemy być zbawieni. Święty Piotr mówił, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12). Nasze prośby, aby były skuteczne, powinny być zanoszone do Boga w imię Pana Jezusa. Mówi On: „O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24). Apostołowie po wniebowstąpieniu Chrystusa przyzywając tego świętego Imienia dokonują cudów: uzdrawiają, wyrzucają złe duchy. Święty Paweł zachęca nas: „Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko (czyńcie) w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (Kol 3, 17). 

Niewątpliwie imię Pana Jezusa przynosi nam wybawienie od naszych trosk, problemów. Powinniśmy je wzywać, gdy potrzebna nam jest opieka Boga i Jego łaski. Jednak musimy mieć świadomość, że to imię jest święte. Wzywajmy je ze świadomością wzywania Bożej obecności. Pan Jezus nauczał, że „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20). Często jednak o tym zapominamy. Nie szanujemy tego imienia. Wzywamy nieraz do błahych spraw. Często używamy jako pewnego westchnienia, nieraz zdenerwowania. Imię Jezus to imię Syna Bożego. W czasach Starego Testamentu imienia Boga nie mogli wymawiać nawet kapłani. A teraz stało się tak to popularne, że wielokrotnie go nadużywamy. Jest to łamanie drugiego Przykazania Bożego. Człowiek, który nie ma właściwego stosunku do świętości, jaką jest imię Chrystusa i imię Boga, poprzez grzech zamyka się na działanie Stwórcy. I tak jak wzywanie imienia Pana Jezusa ma nam pomagać w drodze do Boga, tak bezsensowne wypowiadanie go powoduje efekt odwrotny. 

Moi drodzy! Rozpoczynamy nowy rok – kolejny okres w naszym życiu. Jeśli chcemy dobrze go przeżyć, potrzebna nam jest opieka Boga, Jego błogosławieństwo i łaska. Bóg stale daje nam możliwość przylgnięcia do siebie, poprzez wstawiennictwo Maryi – matki Boga, a także poprzez swojego Syna – Jezusa i Jego święte Imię. Jest ono dla nas ogromną pomocą i przez nie mamy szansę uzyskać potrzebne łaski oraz wyprosić pomoc. Ważne jest jednak, abyśmy z szacunkiem odnosili się do tego imienia i wymawiając je mieli świadomość wzywania Bożej obecności.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Homilia z Pasterki 2003 - obszerne fragmenty

Przeżywamy dzisiaj wielką uroczystość – prawie największą w ciągu całego roku. Boże Narodzenie – święta, na które ludzie czekają niemalże cały rok. […]

Można byłoby sobie jednak zadać pytanie: Co takiego szczególnego jest w tym święcie? Oczywiście większość powiedziałaby, że Bóg się rodzi, że są to święta rodzinne, że prezenty, opłatek, choinka, żłóbek. I niewątpliwie są to dobre odpowiedzi, bo rzeczywiście tak jest. Jednak gdyby chcieć bardziej się zagłębić w te odpowiedzi doszlibyśmy do wniosku, że nie wiadomo, jak to się przekłada na przychodzenie na pasterkę. […] Zapewne duży sens ma stwierdzenie, że Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne święta. Rzeczywiście w święta wielokrotnie spotykamy się w gronie rodzinnym, niejednokrotnie wybaczamy sobie różne krzywdy, tworzymy wspólnotę rodzinną przesiąkniętą miłością. 

Jednak wszystkie te powody nie wyjaśniają, dlaczego trzeba przyjść do Kościoła, szczególnie na Pasterkę, nie do końca wyjaśniają, dlaczego tak dużo ludzi się spowiada przed świętami. Te wszystkie powody można co najwyżej sprowadzić do tradycji. Ostatnio coraz częściej święta Bożego Narodzenia łączy się po prostu z tradycją. […] Zatem może przyjście do Kościoła i spowiedź, to też tylko tradycja, może nie liczy się to, co ważnego przeżywamy, lecz liczy się to, czy zachowujemy tradycję czy nie. 

Człowiek, który tylko zachowuje tradycję, zwraca uwagę na rzeczy zewnętrzne – piękny wystrój mieszkania, sklepu, piękne i drogie prezenty, potrawy na stole wigilijnym. Ważniejsze jest dla niego symboliczne przełamanie opłatkiem, niż złożenie szczerych życzeń, takich od serca. Dla niektórych ważniejsze jest przyjście do konfesjonału niż chęć nawrócenia. Oczywiście, że z tym ostatnim nie chcę przesadzać i kogokolwiek obrażać, ale czasami naprawdę można do takich wniosków dojść. 

Jednak wierzę, że wśród nas jest wiele osób (mam nadzieję, że wszyscy), którzy inaczej podchodzą do sprawy Bożego Narodzenia, dla których tradycja jest ważna, ale jest tylko dodatkiem do tego najważniejszego, dla których przełamanie się opłatkiem jest okazją, do złożenia szczerych życzeń, dla których wieczerza wigilijna jest możliwością pogodzenia się całej rodziny, dla których spowiedź, rozgrzeszenie i Komunia święta są na tyle ważne, że są gotowi z dnia na dzień zmienić swoje postępowanie, nawrócić się. 

Może jednak warto poszukać głębszej odpowiedzi na to pytanie: Co tak naprawdę ważnego dzisiaj świętujemy.? Dlaczego Boże Narodzenie jest tak radosne, tak świąteczne?.. Niby proste: Bóg się narodził. Ale przecież samo w sobie narodzenie Boga nie wiele by nam dało, szczególnie, że można mieć wątpliwości na ile Bóg może się narodzić, skoro jest wieczny. Warto sobie uświadomić słowa świętego Pawła, który mówi, że gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, to nasza wiara byłaby daremna. Dlatego pierwszym i najważniejszym wyjaśnieniem sensu naszego dzisiejszego świętowania jest tajemnica paschalna – zmartwychwstanie Chrystusa. Jezus przyszedł na ziemię, aby móc umrzeć na krzyżu, zmartwychwstać i przez to nas wszystkich odkupić, aby każdy z nas mógł być zbawiony. […]

Chrystus w dzisiejszej liturgii przedstawiony jest jako światło, które rozświetla mroki grzechu. Żeby dokładniej zrozumieć te słowa warto zastanowić się na ile ważne i potrzebne jest światło w życiu człowieka. Bez światła nie moglibyśmy funkcjonować, byłaby całkowita ciemność, wielki mróz, brakowałoby tlenu i życia. Podobnie jak ciału człowieka potrzebne jest światło, tak duszy ludzkiej potrzebny jest Chrystus. To on pozwala nam żyć, funkcjonować, dostrzegać zło i dobro wokół nas. Czasami przybliżając się do światła możemy dostrzec to, co bez światła jest niedostrzegalne. Gdy spojrzymy na jasne światło wpadające do ciemnego pokoju możemy dostrzec drobiny kurzu unoszącego się w powietrzu. Podobnie zbliżenie się do światłości Chrystusa pomaga nam dostrzec jak wiele brakuje nam jeszcze do świętości, do doskonałości i do bycia człowiekiem w pełni gotowym na spotkanie z Chrystusem. Czasami nie zbliżając się do światła mamy wrażenie, że coś jest czyste, a przynajmniej nie bardzo brudne. Jednak zdarza się, że możemy doświadczyć jak bardzo się mylimy. Ostatnio jadąc samochodem między blokami w cieniu widziałem, że moja szyba nie jest do końca czysta, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało. Jednak, gdy w szybę zaświeciło jasne słońce, okazało się, że brudy są tak duże i tak przeszkadzające w obserwacji drogi, że nie dałoby się jechać. Podobnie jest w życiu duchowym. Jeśli na swoje życie spojrzymy z pewnego dystansu, to wydaje się nam, że jest wszystko w porządku. Dopiero właściwe odniesienie się do Światła – do Chrystusa, pomaga nam dostrzec nasze grzechy. Dlatego właśnie święci ludzie uważają się za wielkich grzeszników, a człowiek, który nie naprzykrza się Bogu przychodzi do konfesjonału i próbuje udowodnić (nie wiedzieć po co), że jest bez grzechu. […]

W momencie przyjścia Chrystusa na ziemię zaczęły się dziać rzeczy, które przekraczają ludzki umysł. Wyraźnie podkreśla to kolęda „Bóg się rodzi”. Mamy w niej wymienione wiele rzeczy z natury przeciwstawnych sobie. Bóg, który jest niestworzony, a rodzi się. Coś mocnego, a jednak obawia się. Pan i król, a nie ma ubrania, ogień krzepnie, blask ciemnieje, nieskończony a ma granice. Trzeba jednak sobie zdawać sprawę, że tak jak w narodzinach Chrystusa nastąpiła niezrozumiała do ludzkiego umysłu wymiana między Bogiem i człowiekiem, tak podobna wymiana następuje w trakcie każdej Mszy św. W sposób po ludzku nie zrozumiały chleb i wino są przemieniane w Ciało i Krew Chrystusa. Chociaż w dzisiejsze święto dzieją się cuda (nawet według legend zwierzęta mówią ludzkim głosem), to także wielkie cuda dzieją się w trakcie każdej Mszy św. na ołtarzu. Boże Narodzenie nie miałoby znaczenia, gdyby nie ofiara Chrystusa na Krzyżu i Jego zmartwychwstanie. Przez cały rok oczekujemy na cuda Bożego Narodzenia, podczas, gdy codziennie TU – na ołtarzu dokonują się cuda – uobecnienie ofiary Chrystusa. Symbolem świąt jest choinka, a tutaj jest Krzyż Chrystusa – drzewo życia, sporo ważniejsze od jakiegokolwiek innego drzewa. Na choinkach, na stołach jest wiele światełek, świec, a tutaj jest światło, które rozświetla wszystkie mroki, także naszego grzechu. 

W wieczór wigilijny w ramach jednej rodziny zasiadamy przy wspólnym stole, a tu co dzień łączymy się przy ołtarzu jako jedna wielka rodzina Kościoła. Uczestniczymy w nie byle jakiej wieczerzy, lecz w uczcie niebiańskiej. W wigilię dzielimy się opłatkiem, a tutaj przynosimy do ołtarza chleb, który tak samo wygląda, ale służy do nieporównywalnie ważniejszej czynności. W święta obdarowujemy się prezentami, a tutaj jest dar, od którego nikt nie może dać lepszego. Eucharystia jest największym darem, który ludzie dostali, i to nie od zwykłego człowieka, lecz od Boga. Na stole wigilijnym jest wiele pokarmów i napojów, a tutaj jest to co najlepsze – chleb aniołów – Ciało i Krew Chrystusa. Jezus mówi – „kto spożywa moje ciało i pije moją krew ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Tylko poprzez tę ucztę – ucztę eucharystyczną możemy mieć udział w radości wiecznej, nie tylko takiej, którą przeżywamy raz do roku. Tylko poprzez sakramenty – Eucharystii, pokuty i inne – Bóg obdarowuje nas potrzebnymi łaskami. 

Moi drodzy, tak często chcemy, aby Bóg błogosławił w naszym życiu, aby obdarzał nas łaskami, szczęściem, zdrowiem. Niby bardzo nam zależy na błogosławieństwie Bożym, a jakże rzadko korzystamy z najlepszego źródła Bożej łaski. Sakrament to widzialny znak niewidzialnej łaski Bożej. Jeśli chcemy uzyskać tą łaskę, to musimy (i to nie wystarczą same chęci), korzystać regularnie z sakramentów. Przecież Bóg przede wszystkim i prawie wyłącznie obdarza łaskami poprzez sakramenty. Jeśli nie robimy nic, aby uzyskać te łaski, jeśli zamykamy się na działanie Boże, to nie miejmy pretensji do Boga, że nas nie wysłuchuje. Co więcej, nie wystarczy raz albo dwa razy do roku się wyspowiadać. Tylko wytrwałość, cierpliwość i regularność mogą pomóc nam przyjąć łaski Boże. Tylko wtedy nasza modlitwa jest skuteczna, tylko wtedy możemy przygotować nasze serca na przyjęcie woli Bożej. 

Moi drodzy. nie musimy szukać i oczekiwać kolejnych świąt, gdyż tu w kościele codziennie jest święto – wielka uroczystość, na którą wszyscy jesteśmy zaproszeni. Wystarczy tylko przyjąć zaproszenie, wystarczy tylko chcieć. Bóg chce nas obdarowywać łaskami, a my mamy być po prostu gotowi te dary przyjąć. Nie jest to chyba duże wymaganie. Gdyby do naszych domów miał przybyć ważny gość i wręczyć nam piękny prezent, na pewno posprzątalibyśmy dom, na pewno poświęcilibyśmy wiele czasu, może pieniędzy, a tu nie trzeba nawet tak dużo. Jeśli naprawdę nam zależy na spotkaniu z Chrystusem[…], wystarczy chcieć, zrobić krok w Jego stronę, uznać swoją słabość, wyznać grzechy. […] Jeżeli tak będziemy żyli, to z nadzieją możemy oczekiwać radości, którą osiągniemy w niebie. Amen.

niedziela, 18 grudnia 2011

Homilia z 21.12.2008.

Eh, Maryja, to miała prościej, była bez grzechu, nie musiała iść do spowiedzi na święta, nie musiała się męczyć o stan łaski uświęcającej. Ba. Nie musiała w niedzielę chodzić do kościoła. Duch Święty zstąpił na Nią, była wybrana spośród wielu osób na świecie. Gdybym ja tak miała? Jakże proste byłoby to życie? 

Takie myśli, a nawet rozterki duchowe przeżywa, być może, wielu z nas. Ten sposób myślenia wynika może z naszej zazdrości. Znane jest powiedzenie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Niezależnie od tego, co Bóg nam dał, porównujemy się z innymi i żałujemy, że nie mamy tego, co inni. Warto jednak przy okazji zadać sobie pytanie, czy aby na pewno Maryja miała łatwiej niż my? Być może. Chociaż któż z nas chciałby przeżywać rozterki takie, jak Matka Chrystusa? Któż z nas chciałby, aby jego duszę miecz przeniknął? Która matka chciałaby być świadkiem najohydniejszej śmierci własnego syna? Zapewne żadna z was. Aczkolwiek – gdybyśmy mieli przeżywając to wszystko nie zgrzeszyć, to może warto byłoby wziąć na siebie taki ciężar. 

Dosyć naturalne pytanie, które może przyjść nam do głowy, dotyczy powodów wybrania Maryi przez Boga. Częstą odpowiedzią na nie są słowa wypowiedziane przez Maryję: „tak” (albo po łacinie „fiat”, a po hebrajsku zapewne "Amen") na zwiastowanie Anielskie. Zastanawiając się jednak nad tekstem dzisiejszej Ewangelii doszedłem do wniosku, że samo „tak” może nie wystarczyć. Iluż to z nas przed świętami mówi Bogu „tak” idąc do spowiedzi? Każde „Amen” wypowiadane przy przyjmowaniu Komunii św., to również „tak”. Cóż zatem wyróżnia Matkę Bożą? Zapewne sporo ważniejszym dopełnieniem „fiat” Maryi są słowa: „Oto ja, służebnica Pańska”. W języku łacińskim można to jeszcze dosadniej zrozumieć, jako „niewolnica”. W świecie w którym wolność, oprócz tego, że jest darem Boga, jest uważana niemalże za najważniejszą wartość, wyrażenie zgody na bycie służebnicą, a nawet niewolnicą wydaje się być dziwne. 

Słowa Maryi, w których uznaje się za służebnicę, idą w parze ze słowami św. Pawła, który mówi, że: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9). Bycie służebnicą jest konsekwencją uznania swojego Pana. A wyznanie tego ustami powinno być podstawą naszej wiary. Oczywiście często imię Jezus wymieniamy wraz ze słowem pan, ale jakże często nawet nie chce przejść nam przez głowę myśl, że Jezus rzeczywiście powinien być Panem naszego życia. Co więcej – zauważyłem, że nawet świadomie nazwanie Jezusa Panem, nie zawsze pociąga za sobą deklarację, że zgadzamy się być sługami, a nawet niewolnikami Jezusa. Warto się nad tym zastanowić: Czy Bóg jest dla nas naprawdę na tyle ważny, że gotowi jesteśmy oddać się świadomie i dobrowolnie Jemu w niewolę? A nawet gdybyśmy taką deklarację złożyli, na ile byśmy ją w życiu wypełniali? Wielokrotnie ludzie pytają się, dlaczego muszą te, czy inne rzeczy związane z wiarą robić, dlaczego muszą chodzić do kościoła, dlaczego powinni się spowiadać i przyjmować Komunię świętą. Gdybyśmy świadomie i dobrowolnie stali się niewolnikami Jezusa, nie pytalibyśmy o to, tylko przyjmowali Jego wolę jako nakaz. Oczywiście mamy prawo w wolności – podobnie jak Maryja – zastanawiać się nad Jego Wolą, ale winniśmy jednak tę wolę przyjąć jako swoją i nią żyć na co dzień. 

To właśnie gotowość Maryi do zostania służebnicą i niewolnicą Pana ma największe znaczenie w powierzenie jej ogromnej roli w tajemnicy Odkupienia ludzkości. Zapewne można by się zastanowić także nad rolą Maryi jako Oblubienicy Pana, bo nią też była. Te określenia – służebnicy, niewolnicy i oblubienicy – powinny być dla nas przykładem i sposobem podejścia do spraw wiary. Może niech pozostałe przed nami dni Adwentu będą czasem zastanawiania się nad swoim życiem. Na ile potrafimy o sobie powiedzieć, że jesteśmy niewolnikami Pana Jezusa i żyjemy miłością do Tego, który nas pierwszy umiłował? Może warto złożyć Bogu deklarację, że chcemy, aby Jezus był naszym Panem, a my dobrowolnie poddajemy swoją wolę Jego Woli by stać się Jego niewolnikami. Gdy tak zaczniemy żyć zrozumiemy, że Maryja, jako niewolnica po prostu wypełniała dobrze swoje zadania, a my nie powinniśmy się z nią porównywać i Jej zazdrościć, tylko dobrze wypełnić te zadania, które zleca nam nasz Oblubieniec i Pan. Niech każdy z nas będzie w stanie powiedzieć: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17,10), a nagroda nas, podobnie jak Maryi, nie ominie.

niedziela, 11 grudnia 2011

Homilia z 14.12.2008.

Kolejna homilia z gazetki sprzed trzech lat. U mnie w sumie podobna sytuacja jak wtedy. Tyle tylko, że rekolekcje dopiero za tydzień. A do tego czasu jeszcze okres wizyty duszpasterskiej.
 
Radujcie się! To hasło dzisiejszej niedzieli. Jak tu się radować? Przede mną wiele pracy, przygotowań do świąt. Rozpoczynają się rekolekcje – będzie wiele spowiedzi. Minione tygodnie chodzenia po kolędzie przyniosły już pewien poziom zmęczenia, na którym mniej się chce. A jeszcze przede mną tygodnie zwiększonej pracy duszpasterskiej. Nawet zbliżające się święta, dla wielu z nas czas radosnego przeżywania w gronie rodzinnym, dla księdza są okresem wytężonej pracy. Po ludzku rzecz biorąc czekam już nie na święta, ale na to, co po nich będzie. Ale tu musi pojawić się refleksja. Czy ja powinienem patrzeć typowo po ludzku? Przecież jestem kapłanem. To nie ja wybrałem sobie drogę przy Bogu. On – mój Pan i Zbawiciel zapragnął, abym Jemu służył jako pasterz w Jego owczarni. Warto sobie takie rzeczy przypominać. Warto wracać do chwil z przeszłości, kiedy podejmowaliśmy ważne życiowe postanowienia i trwać przy nich. Nie można w chwilach rozterek, czy zmęczenia podejmować pochopnych decyzji, bo zazwyczaj będą one mylne. Nie można uciekać. Trzeba umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: „kim jestem?” i co z tego wynika. 

Na podobne pytanie - „kim jesteś?” – musiał także odpowiedzieć Jan Chrzciciel w dzisiejszej Ewangelii. Miał on za sobą tłumy, które wsłuchiwały się w jego głos. Nawet król Herod, któremu „największy spośród narodzonych z niewiast” wypominał grzeszne życie, chętnie go słuchał. Mógł powiedzieć wszystko. Mógł uznać się za Mesjasza, Eliasza, proroka, mógł pozwolić nosić się na rękach, a jednak tego nie uczynił. Pytanie: „kim jestem?” powinien postawić sobie każdy z nas. Jestem mężem, żoną, dzieckiem, studentem. A może ogólnie: „jestem dzieckiem Bożym”. Często jednak o tym ostatnim zapominamy. Przegapiamy to, co najistotniejsze. Pragniemy pomocy Boga, a nie potrafimy się skierować do Niego jak dziecko. A Jezus mówi: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Jak tu jednak dostrzec w sobie to dziecięctwo Boże? W jaki sposób zauważyć, że Bóg kocha nas jak swoje dzieci? Nie jest to możliwe, jeśli nie pomoże nam Duch Święty. Święty Paweł pisze: „Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze!”. Jakże bardzo potrzebny jest nam Duch Święty, aby móc pokazać, kim tak naprawdę jesteśmy. Nie zrozumiemy, że Bóg kocha nas jak swoje dzieci, nie poznamy prawdy o sobie, a przez to nie zbliżymy się do Chrystusa, który jest Prawdą, jeśli Duch Boży nam nie pomoże. 

Oczywiście można by tu zrzucić winę na Boga i Jego Ducha, że my tego wszystkiego nie doświadczamy i nie rozumiemy. Jednakże musimy mieć świadomość, że tego Ducha już otrzymaliśmy na chrzcie świętym. Jan Chrzciciel zapowiadając Jezusa mówił, że On nas będzie chrzcił Duchem Świętym. I tak rzeczywiście jest. Poprzez chrzest otwieramy się na działanie Ducha Świętego, lecz jakże często zamykamy się na Niego poprzez grzech. Niedoświadczanie Bożej miłości jest zazwyczaj konsekwencją grzechu ludzkiego. Człowiek, który popełnia grzech, szczególnie ciężki, odcina się od Boga i nie jest w stanie dostrzec wszechogarniającej nas łaski bożej. To dopiero otworzenie się ponowne na Boga, w sakramencie pokuty i pojednania, pozwala wrócić do miłości Boga i doświadczyć pokoju wypływającego z przebaczenia. Oczywiście nie zawsze jedna spowiedź może spokój przynieść. Raczej potrzeba do tego czasu i stanięcia w prawdzie wobec Boga. Potrzeba nam prawdy, która uświadomi nam, że my sami, w oderwaniu od Boga, nie jesteśmy w stanie niczego uczynić, i gdyby nie było możliwości pojednania ze Stwórcą oraz Zbawicielem, to czekałyby nas nieopisane katusze – szczególnie dla duszy, ale możliwe, że i dla ciała. 

Warto może zwrócić uwagę, że nieraz miłości Boga nie zauważają także osoby, żyjące blisko Niego. Jeśli człowiek regularnie żyje blisko Chrystusa, może zostać zaproszony do bliższego się z Nim zjednoczenia. To zaproszenie jest włączeniem w tajemnicę męki i śmierci Chrystusa, który na krzyżu czuł opuszczenie nawet przez swego Ojca. W takiej sytuacji potrzeba wiernego trwania przy Chrystusie, przy Jego słowie i przy sakramentach. To trwanie w bliskości Jego krzyża i jednoczenie się z Jego męką jest sposobem przylgnięcia sercem do Zbawiciela i doczekania do momentu chwalebnego zmartwychwstania. 

Moi drodzy! Różne są chwile w naszym życiu. Czasami jesteśmy bardzo radośni i szczęśliwi z obcowania z Bogiem. Nieraz natomiast brakuje nam sił i chęci do dalszej pracy nad sobą. Jednakże nawet, gdy jest nam ciężko, pamiętajmy kim jesteśmy – wybranymi dziećmi Bożymi – i rozpamiętując to, co do tej pory Bóg nam uczynił, czekajmy z nadzieją na lepsze chwile po przyjściu naszego Pana, Jezusa Chrystusa, które już niebawem nastąpi.

niedziela, 4 grudnia 2011

Homilia z 7.12.2008.

"Proszę księdza, kiedy zrobią nam drogę - obwodnicę?” To jedno z pytań, które zadano mi, gdy odwiedzałem domy po kolędzie. Ktoś mógłby w tym momencie stwierdzić, że osoba, która je zadała, nie miała o co pytać. Ale ja się z tym nie zgadzam. Przede wszystkim nigdzie nie mówię, że to było jedyne pytanie zadane przez tę osobę. Przy tym warto pamiętać, że nie należy porównywać ludzkich problemów. Każdy z nas ma swoje problemy i problemiki. I coś, co jednej osobie może wydawać się śmieszne, dla innych może być poważną sprawą. Spokój – także od zgiełku ulic oraz uciążliwych korków – jest każdemu z nas potrzebny. 

Zadane na wstępie pytanie może nabrać jednak faktycznego znaczenia w odniesieniu do dzisiejszej Liturgii słowa. Otóż wielu kierowców przejeżdża przez sąsiadujące z kościołem osiedle, pragnąc skrócić czas, omijając korki. Wolą pojechać między blokami, gdzie wyłożona jest kostka niż ulicą wyłożoną wielkimi płytami, na których można zniszczyć podwozie samochodu. Dla każdego z nas ważnym jest, jakimi drogami jeździmy. Wolimy prostą drogę, bez utrudnień, niż tę gorszą. 

Właściciele hipermarketów są w stanie wyłożyć duże pieniądze na przebudowę drogi, aby kierowcom łatwiej się dojeżdżało do sklepów. Wczoraj na Krakowskim Przedmieściu zapalono wiele światełek. Zapewne oprócz miasta w finansowanie przedsięwzięcia włączyli się również sklepikarze z Traktu Królewskiego. Naprawdę ma znaczenie atmosfera w której przebywamy i podejmujemy ważne decyzje oraz droga, którą się poruszamy. 

W dzisiejszej Liturgii słowa słyszymy wezwanie do prostowania ścieżek dla Pana. Ktoś mógłby spytać, po co to robić – wszak Bóg, gdy będzie chciał, to przyjdzie nawet krętą drogą – umie przecież przychodzić nawet mimo drzwi zamkniętych. Jednakże przykład z naszych doświadczeń komunikacyjnych powinien nas przekonać, że warto przygotować jak najlepsze warunki, na przyjście Boga. Wprawdzie handlowcy szykują drogi dla klientów, to jednak sami na tym zyskują. Podobnie i my – szykując nasze serca dla Boga, sami skorzystamy. Bóg sam nie korzysta na tym – wszak jest niezmienny i takim pozostaje, niezależnie od naszego działania. To my swoją postawą powinniśmy przekonać Boga, a także samych siebie, że nam naprawdę na Nim zależy. W Apokalipsie czytamy słowa Jezusa: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.” (Ap 3,20). Jezus jest gotowy przyjść do naszego serca i chce nas obdarzyć szczęściem, ale to do nas należy inicjatywa przygotowania się na to spotkanie i zaproszenia Go. 

Zastanawiając się nad tym wszystkim, można jednak postawić kilka pytań – po co każdego roku prostować te ścieżki? Czemu mam chodzić znowu do spowiedzi? Czy naprawdę muszę się nawracać? Może tego Boga nie ma, przecież zawsze się słyszy, że ten koniec świata się zbliża, a tu nic. Tyle zła się dzieje na świecie, a Bóg mimo to nie reaguje, albo zabiera do siebie dobrych ludzi, zostawiając na ziemi złych. Dzisiejsza liturgia i na to potrafi wskazać odpowiedź. Święty Piotr pisze: „Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy, bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka, ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia.” (2P 3,9). Pan Bóg chce dać szansę każdemu z nas. Ale tak naprawdę nikt nie wiele, ile nam czasu zostało. A jeśli ktoś jest pewny, że ma jeszcze czas, to niech uważa, bo jak mówi św. Piotr, dzień Pański, przyjdzie jak złodziej, więc tak naprawdę nikt do końca nie wie, kiedy nastąpi nasze spotkanie z Panem. 

Moi drodzy! Już niedługo święta. Warto się do nich przygotować, warto prostować ścieżki swojego życia, poprzez nawrócenie i szukanie prawdy o sobie. Niech te święta będą prawdziwym spotkaniem z przychodzącym naszym Zbawicielem, a nie tylko coroczną tradycją. Przygotujmy się dobrze, nie odkładając na ostatnią chwilę. Warto nie czekać, gdyż po pierwsze nie możemy mieć pewności, że zdążymy się nawrócić, a do tego – człowiek odkładający spowiedź na prawie same święta, nigdy nie doświadczy piękna spowiedzi odbytej na spokojnie – bez kolejek. A warto o taką spowiedź zabiegać. Warto dokładnie wyprostować drogi swojego życia i z otwartym sercem przyjąć Zbawiciela.

niedziela, 27 listopada 2011

Homilia z 30.11.2008.

Wezwanie do chorego. Ciężki stan. Przy łóżku żona, kilkoro najbliższych osób. Smutek, płacz. Zapewne ostatnie godziny życia. Świadomość umierania bliskiej osoby jest straszna. Zrobiłem, co byłem w stanie. Udzieliłem odpustu zupełnego na godzinę śmierci, starałem się podnieść na duchu bliskich i wróciłem do siebie powierzając w modlitwie chorego. W domu została rodzina. To teraz od nich dużo zależy - od tego, jak będą czuwać przy łóżku chorego. Mam świadomość, że sakrament chorych często pomaga, także wyzdrowieć, ale bardzo dużo zależy od wiary, przede wszystkim chorego. Jednakże ewangeliczna scena uzdrowienia paralityka pokazuje, że wielkie znaczenie ma także wiara osób, które będą czuwać przy jego łóżku. 

Wytrwałe czuwanie przy chorym jest dla wielu z nas przykładem tego, do czego wzywa nas Jezus w Ewangelii. Każdy z nas kiedyś stanie na Sądzie Bożym i będzie musiał rozliczyć się z własnego życia. Ale to od naszej postawy zależy, jak będziemy wyglądali w oczach Boga. Warto mieć świadomość, że Stwórca nas zna, bardziej niż my samych siebie. I nie będzie nas rozliczał z rzeczy, które od nas nie zależą – wszak stworzył nas z naszymi ograniczeniami. Jednak to, czego pragnie, to abyśmy czujnie i wytrwale wyczekiwali spotkania ze Zbawicielem – czy to przy końcu świata, czy w momencie naszej śmierci. A nikt nie wie, kiedy taka chwila nastąpi. 

Mamy czuwać. Może warto się zastanowić, do czego nas wzywa nasz Pan. Połączenie w Ewangelii słów „czuwajcie” i „uważajcie” zwraca naszą uwagę na niebezpieczeństwo na nas czyhające. Tym niebezpieczeństwem w znaczeniu wiecznym nie są nawet jakieś choroby, tragedie życiowe, czy wypadki na ulicach. Sporo gorsze niebezpieczeństwo może dotyczyć naszego życia duchowego. Święty Piotr w swoim liście mówi: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” (1 P 5,8). Szatan zrobi wszystko, aby odciągnąć nas od miłującego Boga i po naszej śmierci poprowadzić nas ku potępieniu. Nasze czuwanie ma zatem służyć temu, aby nie dać się zaskoczyć i poprzez swoje życie w bliskości Boga dojść do życia wiecznego. 

W naszym zmaganiu się z grzechami i atakami Złego nie możemy jednak liczyć tylko na własne siły. Jezus w trakcie Ostatniej Wieczerzy mówił: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Nie możemy zatem bez Jezusa ani dojść do nieba, ani zwyciężyć z grzechem. Jezus w tym samym zdaniu używa synonimu czuwania, mówi: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity”. (J 15,5). Trwać, podobnie jak czuwać, należy nieustannie. To trwanie w Chrystusie otwiera nam drogę do nieba i daje życie wieczne. Sam Zbawiciel o tym mówi w mowie o chlebie życia. Mówi też tam, że „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6, 56). Nie da się zatem trwać, a przez to czuwać, bez nieustannego karmienia się Eucharystią. To jest pokarm dający życie wieczne i od niego zależy także skuteczność naszej walki duchowej. 

Moi drodzy! Zaczyna się Adwent. Okres przygotowanie na przyjście Zbawiciela. Niech ten czas przypomni nam potrzebę nieustannego i wiernego trwania przy Chrystusie, walki z grzechem i czuwania na posterunku wiary. Pamiętajmy, że naszą ochroną powinien być sam Jezus Chrystus i Jego Eucharystyczne Ciało. Dlatego winniśmy stale się nawracać, aby nie przegapić ważnego momentu spotkania z Bogiem.

niedziela, 20 listopada 2011

Homilia z 23.11.2008.

"Proszę księdza, piekła nie ma. A największym farmazonem, który głosi Kościół jest to, że człowiek może zostać opętany przez złego ducha". Te słowa usłyszałem w mijającym tygodniu od jednej z uczennic na lekcji religii. Wprawdzie nikt nam nie każe wierzyć w szatana, a wręcz przeciwnie – w Boga, to niewiara w istnienie diabła i piekła, przeczy słowom Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. A zatem człowiek wierzący Chrystusowi powinien wierzyć także w istnienie złego ducha.

Niestety zaprzeczanie istnienia diabła źle świadczy o naszej wierze. Do tego, że musi istnieć Istota Najwyższa, którą uznajemy jako Boga, da się dojść na podstawie rozumu. Trudno zatem chrześcijaństwem nazwać tylko wiarę w istnienie Boga. Prawdziwa wiara musi przekładać się na "coś" więcej. Nasze wątpliwości co do istnienia piekła potwierdzają, że nie bardzo wierzymy Pismu Świętemu oraz niejako okazujemy się nie być lepszymi niż sam szatan. Święty Jakub pisze w swoim liście: "Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą" (Jk 2,19). Paradoksalnie może się okazać, że wiara złego ducha może nas wiele nauczyć. Rozmawiałem kiedyś z egzorcystą, który opowiadał, jak w trakcie egzorcyzmu człowiek opętany wił się po podłodze do czasu, gdy wszedł kapłan z Najświętszym Sakramentem. W tym momencie zły duch przemówił przez opętanego: "Nigdy się Tobie nie pokłonię". Jakże często my nie jesteśmy w stanie z wiarą uznać Boga w Eucharystii, a jakże wymowne uznanie świętości Boga pod postacią chleba, przez złego ducha. Kiedyś jedna kobieta będąca świadkiem egzorcyzmu stwierdziła, że w ciągu kilkudziesięciu minut przeżyła największe rekolekcje, widząc jak zaciekle szatan walczył, aby nie wyjść z człowieka pod wpływem modlitwy egzorcysty. 

Szatan naprawdę istnieje i prawdziwie człowiek może zostać przez niego opętany. Często jest to możliwe, gdy człowiek zwraca się ku mocom innym niż Bóg. Nie musi tu nawet chodzić o jakieś bezpośrednie zwracanie się ku księciu ciemności, ale np. poprzez szukanie wiedzy o przyszłości za pomocą wróżek, horoskopów, wahadełek. Przyczyną opętania bywa nieraz korzystanie z. tzw. medycyny naturalnej oraz przedmiotów, które sięgają po moc inną niż Boża, albo w sposób niezgodny z Bożymi przykazaniami. Sięgnięcie po rzeczy wykraczające ponad naturę, przeczy pierwszemu przykazaniu do takiego stopnia, że niemalże Panem przestaje być Jezus, a staje się nim zły duch. Bywa tak, że człowiek nie jest w stanie szczerze powiedzieć kluczowych dla naszej wiary słów "Jezus jest Panem" (Rz 10,9), albo uznać Jezusa Chrystusa za króla swojego, naszego narodu bądź całego wszechświata. 

Tajemnica dzisiejszego dnia jest bardzo niemiła dla szatana z dwóch powodów. Złemu duchowi bardzo zależy, aby ludzie przestali wierzyć w jego istnienie, a Jezus wyraźnie o tym w Ewangelii mówi. Szatan także bardzo nie chce uznać wyższości Jezusa nad sobą. Szatan – ojciec kłamstwa i pychy – był i będzie przy końcu świata kolejny raz pokonany przez Jezusa – pełnego prawdy, pokory i miłości. 

To właśnie te trzy cechy pomagają nam walczyć ze złym duchem i uniknąć kary piekła. W naszym życiu powinniśmy z pokorą szukać prawdy o sobie, a także prawdy, że tylko Jezus jest Panem i tylko On może nas zbawić. Potrzeba nam także Miłości – tej Bożej - pełnej miłosierdzia. Trzeba mieć świadomość, że nie możliwe byłoby nasze zbawienie, gdyby nie miłosierdzie Boże oraz Jego bezgraniczna i bezinteresowna miłość, aż po krzyż. Potrzebne jest nam Boże miłosierdzie. Jednakże nie możemy zapominać o jednej bardzo ważnej rzeczy – o słowach, które wypowiedział Jezus – "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Jeśli chcemy doświadczyć Bożego miłosierdzia i być zbawionymi, sami musimy okazywać innym miłosierdzie. To, o czym Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, to nic innego, jak uczynki miłosierdzia. Musimy zatem pamiętać: Jeśli chcemy dostąpić zbawienia, nie da się tego osiągnąć, jeśli nie będziemy miłosierni względem naszych bliźnich, a także jeśli nie będziemy wierzyli w to wszystko, co mówi Pismo Święte oraz jeśli nasza wiara nie będzie przekładała się na konkretne działanie w życiu.

niedziela, 13 listopada 2011

Homilia z 16.11.2008.

Kolejna homilia sprzed 3 lat.  Zapraszam do lektury.

Ehh... Jak ona pięknie śpiewała, jaki głos? Dlaczego Klaudia musiała odpaść? Co jakiś czas słyszę takie pytania osób oglądających program "Mam talent". W tych nostalgicznych pytaniach nieraz wyczuwam nutkę porównywania się, pewnej tęsknoty za talentem, które ta czy inna "gwiazdka" niewątpliwie posiada. Dlaczego inni mają lepiej od nas? Dlaczego Pan Bóg tak różnie rozdaje talenty? Wydawać by się mogło, że nam – wierzącym, pełniącym wolę Boga, powinno przypaść więcej niż tym, którzy swoim życiem wyśmiewają podstawowe zasady moralne. 

Poniekąd nie ma na to dobrej, jednoznacznej odpowiedzi. Chociaż nie do końca jest tak. W dzisiejszej Ewangelii słyszymy przypowieść o talentach, w której padają słowa: "jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności". Bardzo ważne są te ostatnie słowa. Bóg wie, co jesteśmy w stanie uczynić oraz jak wykorzystać powierzone nam dobra i tak odpowiednio udziela. I wcale nie jest prawdą, że ten, kto dostaje więcej ma łatwiej. Ileż to było różnych gwiazd show biznesu, których życie tragicznie się zakończyło? A myślę, że nie jest to najlepsze rozwiązanie dla człowieka. Wprawdzie dla wielu młodych ludzi hasło "żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo" może wydawać się dewizą życiową, to jednak nie jest to sposób na szczęśliwe życie. 

Trzeba mieć też świadomość, że Bóg kiedyś będzie nas rozliczał z tego, co otrzymaliśmy. A Jezus kiedyś powiedział "komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie" (Łk 12,48). I może się okazać, że ten, kto miał mniej otrzyma lepszą nagrodę niż ten, kto ma wiele. Warto zauważyć, że Pan z dzisiejszej Ewangelii prawie tak samo potraktował tego, co miał pięć talentów i tego, co miał dwa. Bogu nie chodzi o to, abyśmy byli najlepszymi ludźmi na świecie, ale abyśmy dobrze wykorzystali te dobra, które On nam dał. Sporo ważniejsze jest, czy dobrze wykorzystujemy to, co otrzymaliśmy, niż to, jak wiele udało nam się osiągnąć. Przecież Pan Bóg wie, co możemy osiągnąć. Ba… wie nawet, ile osiągniemy. Chce jednak, abyśmy przez całe życie poznawali, co Bóg nam daje, za to wszystko dziękowali i wykorzystywali dla dobra swojego i na chwałę Bożą. 

W swoim życiu kapłańskim wyraźnie zauważam, jak trafne jest sformułowanie, że Bóg rozdziela talenty w zależności od naszych zdolności. Widzę, że pewne rzeczy Pan Bóg mi dodaje wtedy, gdy jestem na to gotów. Co jakiś czas dostrzegam w sobie nowe dary i charyzmaty i sam się sobą zaskakuję, Myślę jednak, że gdybym to wszystko poznał sporo wcześniej, to mogłoby mnie to albo przerosnąć, albo mogłaby nawet "woda sodowa uderzyć do głowy", co pewno byłoby łatwym łupem dla złego ducha w walce przeciwko mnie i osobom mi powierzonym. Coraz bardziej dostrzegam, jak ważnym jest dojrzewanie do pewnych spraw. Pan Bóg daje nam tyle wiary i tyle łaski, na ile jesteśmy w stanie to wykorzystać. To od nas zależy, na ile, współpracując z tą łaską, zabiegamy o więcej i wzrastamy w wierze. 

Oczywiście – mówiąc o dobrach duchowych otrzymanych od Boga – nie kojarzymy z talentami. Zapewne nie mógłbym występować w programie "Mam talent", ale chyba właśnie o to chodzi. Każdy z nas ma różne dary i talenty. Nieraz to będą szczególne dary artystyczne, czy sportowe, ale sporo ważniejsze są dla nas te dary duchowe. A te zewnętrznie zauważane talenty mają służyć temu, abyśmy potrafili zadziwić się nad majestatem Boga i doświadczyli tego, że Bóg nas nie opuszcza.

Potrzeba nam także pamiętać, że Bóg nie daje nam talentów tak po prostu, abyśmy byli sławni na ziemi. Bóg ma w tym jasno określony cel. Tym celem jest nasze zbawienie, a także dobro ludzi wokół nas. W ten sposób nasze talenty należałoby traktować jako charyzmaty, które służą wspólnocie. Po to Bóg nam daje dary, abyśmy mogli sobie nawzajem służyć, poprzez to okazywać miłość i prowadzić się ku świętości. Za tydzień w Ewangelii będziemy słyszeli scenę Sądu Ostatecznego, podczas której Jezus będzie pytał o nasze czyny miłości. To właśnie po to od Boga otrzymujemy różne dary i talenty, abyśmy poprzez czyny miłości mogli z czystym sercem stanąć przed Panem w Dniu Sądu Pańskiego.

środa, 9 listopada 2011

Homilia z 9.11.2008.

W minioną niedzielę nie umieściłem na blogu homilii. Trudno mi jest spisywać głoszoną przez siebie Ewangelię. Nie umieściłem także homilii z gazetki sprzed 3 lat, bo wtedy niedziela przypadała 9 listopada. Tegoż dnia przeżywamy dosyć ważne święto - Rocznicy Poświęcenia Bazyliki Laterańskiej - czyli najważniejszego kościoła w świecie. To święto należy do jednego z tzw. Świąt Pańskich, które jest ogólnie ważniejsze niż niedziela i 3 lata temu to liturgia z tego święta była użyta, a nie z 32. niedzieli zwykłej. Z racji na to, że dziś przypada wspomniane święto, pozwolę sobie umieścić tamtą homilię sprzed 3 lat.

"Niestety, nie mogę dać Ci rozgrzeszenia". To chyba najtrudniejsze słowa, które jako kapłan jestem nieraz zmuszony wypowiedzieć. Spowiadając staram się walczyć o możliwość udzielenia rozgrzeszenia, a przynajmniej szukać jakiegoś rozwiązania, tak, aby przekonać penitenta że z jego skruchą „jest coś nie tak” i że warto podejść inaczej do całej kwestii nawrócenia. Decyzja o nieudzieleniu rozgrzeszenia jest dla mnie, jako kapłana, bardzo trudną, bo zawsze pozostaje obawa, że osoba odchodząca od konfesjonału bez rozgrzeszenia, nigdy już do niego nie wróci. Chciałoby się tutaj być dobrym wujkiem i pokazać serce, które wszystko wybacza. A jednak nie zawsze można. 

Mam, niestety, świadomość, że iluśtam ludzi odchodzi od Kościoła z powodu problemów ze spowiedzią. Nieraz jedna spowiedź potrafi zmienić całe życie i albo może pomóc się nawrócić, albo spowodować, że następnej spowiedzi długo nie będzie. Jako kapłan, nie chciałbym nigdy się odwracać człowieka od konfesjonału. Lubię spowiadać – szczególnie te osoby, które mają prawdziwą potrzebę doświadczyć uzdrawiającej mocy Bożego Miłosierdzia. Niekoniecznie jednak lubię takie spowiedzi, kiedy człowiek przychodzi do spowiedzi okazjonalnie (po podpis lub od święta) bez poważniejszej refleksji nad swoim życiem, bądź z przekonaniem, że idzie tylko dla tradycji, nie czując potrzeby przemiany duchowej. 

Problem z odmową rozgrzeszenia pojawia się chyba głównie wtedy, gdy penitentowi brakuje głębszej refleksji nad swoim życiem, bądź gdy brakuje mu chęci do współpracy z Bogiem poprzez zerwanie z grzechem. Zawsze w takich momentach pozostaje mi wątpliwość – jak zareagować?, co powiedzieć?, rozgrzeszyć, czy nie rozgrzeszać? Argumentem, którego ludzie używają przeciwko mnie bywają słowa „Bóg przebacza, a ksiądz nie chce przebaczyć” Dla mnie – kapłana, który ma być tylko sługą i narzędziem w ręku Syna Bożego, a nie panem wobec swoich parafian, takie słowa powinny dać mi do myślenia. I nieraz dają. Jednak refleksja nad dzisiejszą Ewangelią pokazuje, że wielokrotnie mam rację. Jezus, którego Pismo św. nazywa barankiem bez skazy, idzie do świątyni i przepędza kupców, rozrzuca, rozwala. Czytając Ewangelię może pojawić się nawet pytanie o dobroć i miłość Jezusa. A jednak… Dobry i miłujący człowiek, to nie ten, który zawsze na wszystko pozwala. Dobry człowiek, to ten, który dba o to, co naprawdę dobre – czyli Boże. Kapłan – naśladujący Chrystusa – musi nieraz użyć słów, czy zachować się w sposób wydawało by się niezbyt miły, aby zwrócić uwagę, że ktoś działa źle i czyni sobie lub innym szkodę. Ksiądz, gdyby dał penitentowi rozgrzeszenie wiedząc, że się mu ono nie należy, po pierwsze zapewne nie uchroniłby penitenta przed potępieniem, a po drugie wziąłby na siebie konsekwencje tego wszystkiego. Nie udzielenie rozgrzeszenia jest często bardzo wyraźnym znakiem dla penitenta, że jego życie idzie w złym kierunku i potrzeba je zmienić. Lepiej jest, aby człowiek odchodząc od konfesjonału miał świadomość, że potrzebuje zmiany, a nie dowiedział się o swoim niewłaściwym życiu dopiero na Sądzie Bożym, kiedy będzie już za późno. Oczywiście w konfesjonale ksiądz ma obowiązek wyjaśnić dlaczego nie daje rozgrzeszenia. Nie może także obrażać człowieka, lecz mimo wszystko ukazać mu Bożą miłość, która troszczy się o dobro duchowe i życie wieczne człowieka. 

Problemem, który często jest powodem nie udzielenia rozgrzeszenia, jest niewłaściwe rozumienie wolności w kontekście 6. Przykazania. Człowiekowi wydaje się nieraz, że jest na tyle wolny, że może robić to wszystko, co mu się żywnie podoba. Taka osoba traktuje księdza (i poniekąd Boga), jako tego, który ogranicza wolność. Wolność rzeczywiście jest wielkim darem od naszego Stwórcy, ale nie możemy zapominać, że jest nam dana między innymi po to, abyśmy sami wybrali Jezusa jako Pana i idąc Jego drogami doszli do zbawienia. Nie możemy zapominać, że tak jak w drugim czytaniu pisze św. Paweł jesteśmy świątyniami Boga i mieszka w nas Duch Święty. Nasze ciała jako świątynie mają służyć oddawaniu czci Bogu. Płciowość, którą jako wielki dar otrzymaliśmy od Boga, ma służyć pełniejszemu zjednoczeniu męża i żony i tworzeniu komunii na wzór tej, która jest w Trójcy Świętej. Seks, który nie jest związany z pełnym oddaniem na całe życie (poza małżeństwem, bądź korzystając z antykoncepcji) nie będzie wyrazem takiej miłości. Godzi on w świętość naszego ciała. Warto mieć tego świadomość. A kiedy ksiądz – czy to w spowiedzi, czy kiedykolwiek indziej – zwraca na to uwagę, to potraktujmy jako wezwanie do prawdziwej miłości i świętości, a nie czepianie się. 

Moi drodzy! Ksiądz jak każdy człowiek jest grzeszny, a przez to nie zawsze właściwie potrafi zareagować. Jednocześnie my nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć jakie są intencje działania księdza. Nie oburzajmy się jednak na to, co słyszymy od kapłana, ale próbujmy, zastanawiając się nad swoim życiem, dojść do pełnego spotkania z Bogiem w wieczności. Aby tego dokonać żyjmy tak święcie, jak na świątynię Boga przystało.

niedziela, 30 października 2011

(Nie) tylko dla kapłanów - homilia

Trzy lata temu w gazetce parafialnej pojawiła się homilia związana z uroczystością Wszystkich Świętych. Na tym blogu można ją znaleźć jako "Bardzo osobiste wspomnienie". Umieszczam tutaj homilię, którą prawdopodobnie wygłoszę dziś na Mszy św. Nigdy homilii sobie nie piszę i głoszę z głowy, więc trudno powiedzieć, co ostatecznie zostanie wygłoszone. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że w naszej parafii jest liturgia z 31. niedzieli zwykłej, a nie z uroczystości poświęcenia kościoła.

Wczytując się w dzisiejszą liturgię słowa, można by dojść do wniosku, że nie powinienem głosić homilii na Mszy świętej z ludem. Powinienem spotkać się z braćmi w kapłaństwie i po prostu mocno wyartykułować treści z pierwszego czytania i Ewangelii. Krytyka kapłanów i ludzi stojących na czele wierzących jest w dzisiejszej liturgii tak mocna, że wypadałoby się schować za szafę i w ciszy własnego serca przemyśleć swoje postępowanie. Oczywiście są trochę inne czasy i pewno dzisiejsze treści można by przełożyć na przykłady innych negatywnych zachowań osób duchownych, ale myślę, że jest wielu księży, którzy nie chcieli by słuchać dzisiejszych czytań. Inna rzecz jest taka, że boję się, iż owi duchowni mogą sobie nie zdawać sprawę, że to o nich mowa. Człowiek, który sam się wywyższa, często nie zauważa, że ma problem i zasługuje na poniżenie.

Te słowa nawiązujące do poniżenia, a znajdujące się na końcu dzisiejszej Ewangelii, mówią o pokorze. Warto sobie wyjaśnić, że bycie pokornym wcale nie oznacza bycia człowieka, który daje się wszystkim poniżać, który nie ma swojego zdania i w ogóle powinien przepraszać, że żyje. Pokora, to nie jest bezsensowne udawanie, że jest się małym, ale stawanie w prawdzie oraz gotowość służby i stawania się małym w oczach świata. Człowiek pokorny to ten, który zna swoją godność, ale zna także prawdę o sobie – że wprawdzie przed Bogiem wydaje się niemalże prochem, to jednak w oczach Boga jest wielki gdy żyje „na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). 

Znając treści Pisma Świętego, można stwierdzić, że taką pokorą najwyraźniej wyróżniał się święty Paweł. Mówiąc o niekoniecznie właściwym podejściu osób duchownych do realizacji Bożego powołania, trzeba także spojrzeć na postać tegoż Apostoła Narodów. Dzisiejsza liturgia przedstawia fragment Listu do Tesaloniczan. Wprawdzie wydawać by się mogło, że słowa Pawła są pewnego rodzaju chwaleniem się, to jednak są formą dziękczynienia, chwalenia Boga i prośby o miłość. Wspominana pokora świętego Pawła przekonuje mnie, że słowa z dzisiejszego drugiego czytania odzwierciedlają prawdę. Apostoł narodów jawi się „jak matka troskliwe opiekująca się swoimi dziećmi”. Jego postawa pełna jest życzliwości, poświęcenia oraz pragnienia, by nie być ciężarem. Niewątpliwie postawa autora tegoż czytania jest przykładem do naśladowania dla każdego Apostoła – każdego, kto jest kapłanem i ojcem duchowym dla wiernych. 

Konfrontując ze sobą drugie czytanie z pozostałą częścią liturgii słowa, każdy duchowny powinien zrobić solidny rachunek sumienia, do kogo mu bliżej. Te wszystkie fragmenty Pisma Świętego są naprawdę dobrym punktem wyjścia do refleksji w trakcie rekolekcji kapłańskich, a inni teoretycznie nie muszą tego słuchać. Dlatego na wstępie tej homilii dałem do zrozumienia, że w ogóle nie powinienem głosić dziś homilii świeckim. Prawda jest jednak taka, że według Prawa Kanonicznego mam obowiązek wygłosić dziś homilię. Ale nie tylko robię to z obowiązku. I jest ku temu kilka powodów. Pierwszym może być kwestia powszechnego kapłaństwa. Każdy z nas uczestniczy w Chrystusowym kapłaństwie na mocy sakramentu Chrztu świętego i teoretycznie może być adresatem dzisiejszej liturgii słowa – tak krytyki niewłaściwych postaw, jak i pochwały postawy podobnej do świętego Pawła. 

Drugi argument wynika bezpośrednio z samej liturgii. Jezus mówi: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą”. W tym samym momencie, gdy Jezus tak krytykuje uczonych w Piśmie i faryzeuszy, nakazuje ich słuchać. To Bóg powołuje ludzi na odpowiednie urzędy i stawia na czele ludzi. I chociaż ma świadomość, że nieraz sprzeniewierzają się swojemu powołaniu, nadal nimi kieruje i poprzez posłuszeństwo im prowadzi wiernych do świętości. Tym bardziej, że św. Paweł pisze: „przyjęliście słowo Boże usłyszane od nas […] nie jako słowo ludzkie, ale jak jest naprawdę, jako słowo Boga, który działa w was wierzących”. To są bardzo ważne i dużo mówiące słowa. To Bóg mówi przez swoich kapłanów, a nam pozostaje to przyjąć. 

Z tego argumentu wynika także i trzeci: Warto zauważyć, że już w starożytnych czasach byli różni duchowni i nie można przekreślać, nawet najgorszych w naszych oczach, a raczej wspierać, motywować i przede wszystkim za nich modlić. Oni są wybrani przez Boga i niezależnie, jak bardzo się sprzeniewierzyli swojemu powołaniu, Bóg nadal może czynić przez nich wielkie rzeczy i prowadzić nas do siebie. A nam pozostaje nie wywyższać się nad innych, lecz z pokorą przyjmować tę trudną nieraz prawdę i prosić Boga, by przemienił swoje sługi i dał im, także mi, gorliwość podobną do tej, którą miał św. Paweł.

niedziela, 23 października 2011

Homilia z 26.10.2008.

Dziś w naszej parafii, jak w prawie każdą niedzielę, poprzez chrzest kilkoro dzieci zostanie włączonych do wspólnoty Kościoła. To, na jakich ludzi wyrosną, w dużej mierze zależy od ich rodziców. Różne są podejścia do wychowywania dzieci. Dosyć popularnym, niestety, jest wychowanie bezstresowe. Często jednak prowadzi ono do rozpuszczenia dzieci, co zazwyczaj obraca się przeciwko rodzicom i ogólnie całemu społeczeństwu, a także samym niewłaściwie wychowanym osobom. Inny zły sposób wychowania wykorzystuje dotkliwe kary cielesne w momentach, gdy rodzice nie radzą sobie z dzieckiem. Taka postawa również nie wpływa dobrze na młodego człowieka, gdyż często prowadzi do agresji. Efektem złego wychowania może być nieukształtowanie odpowiedniego korzystania z wolności przez dziecko. Albo dzieci nie bardzo wiedzą, że są jakieś zakazy i nie wszystko człowiekowi wolno, albo nie są w stanie podejmować dobrych decyzji, bo wszystko w dzieciństwie robiły tylko ze strachu przed rodzicami. 

Podobne problemy, jak w przypadku ogólnego wychowania, mogą wystąpić w wychowaniu do wiary. Trzeba mieć świadomość, że do zbawienia oprócz chrztu potrzebna jest także wiara człowieka, którą dzieciom wpoić powinni rodzice. Mają oni za zadanie chociażby nauczyć swoje dziecko modlitwy, a także regularności w chodzeniu do kościoła. Nie można zapominać, że trudno o lepszą naukę, niż dobry przykład i praktykowanie wiary. Rodzice winni także pomóc dzieciom poznać Boga. I tak jak ma to miejsce w ogólnym wychowaniu, tak potrzeba to zrobić dojrzale. Zdarza się, że mama mówi do synka - „uważaj, bo jak będziesz się źle zachowywał, to Bozia cię ukarze”. Takie stawianie sprawy może niestety narobić wielu szkód. Po pierwsze kolejny raz wychowujemy dziecko w nastawieniu ciągłego strachu przed Bogiem, a po drugie - i co chyba w tym wszystkim jest najważniejsze - przedstawiamy mylny, potrafiący nieraz przez wiele lat, albo pokoleń pokutować, obraz Boga. 

Wielu ludzi, niestety, ma właśnie wpojoną niewłaściwą wizję Boga - surowego sędziego, który tylko czyha na nasz grzech, aby nas ukarać. Tak daleko jest to wyobrażenie zakorzenione w naszym myśleniu, że nawet w jednej z tradycyjnych pieśni maryjnych śpiewamy „a kiedy Pan Bóg rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”. Ktoś, kto powiela te słowa i ten punkt widzenia, najwyraźniej nigdy Boga nie doświadczył. To jest myślenie zakorzenione w Starym Testamencie - słyszymy to także w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Pan Bóg zapowiada swój gniew i wyniszczenie mieczem grzeszników. Jednakże chociaż są to słowa z Biblii, to nie znaczy, że dokładnie taki jest Bóg. Trzeba pamiętać, że Prawo Mojżeszowe było spisywane, gdy w tamtej części świata obowiązywał bardo surowy Kodeks Hammurabiego i pod tym kątem biblijne „oko za oko, ząb za ząb” było bardzo uczciwym na tamte czasy prawem. Boga rozumiano jako bardzo sprawiedliwego, który odpłaca tak, jak Go skrzywdzono. Wymienione w pierwszym czytaniu przykazania wchodziły w kanon przymierza zawartego pomiędzy Bogiem i ludźmi. Izraelici zgodzili się wypełniać przykazania w zamian za obietnicę opieki Bożej. Miały być one dla ludzi drogowskazami - jak zgodnie dojść do Ziemi Obiecanej i jak żyć, aby ponownie nie dostać się do niewoli. Za zerwanie przymierza poprzez ciężki grzech groziła śmierć. Każdy Izraelita był tego świadomy i dlatego robił wszystko, aby na karę nie zasłużyć. Niestety, wielokrotnie odchodził od Boga i dlatego naród Izraelski często dostawał się do niewoli. 

Dlaczego zatem przedstawiony w Biblii obraz Boga - surowego sędziego, pałającego gniewem, jest mylny? Nie możemy zapominać, że jesteśmy chrześcijanami. Wierzymy w tego samego Boga, co Izraelici, ale to słowa Jezusa najbardziej pokazują nam Boga. Jezus powiedział do Filipa: „kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9). Zatem patrząc na Jezusa, możemy zobaczyć zupełnie inny obraz Boga. Chociaż w Ewangelii jest scena wypędzania kupców ze świątyni - jako obraz gorliwości Jezusa o to, co należy do Boga - to miłość jest prawdziwym obliczem naszego Stwórcy. Ten sam Chrystus, chociaż mówił, że nie przyszedł zmienić Prawo, każe inaczej na pewne sprawy patrzeć. Nie chodzi Bogu o ścisłe wypełniania prawa, lecz o miłość, z jaką te i inne prawa wypełniamy. 

Dosyć dobrym dopowiedzeniem do tego, jak należy patrzeć na Boga, są słowa św. Pawła z drugiego czytania. Bóg żywy i prawdziwy, to ten, który z miłości dla nas posłał swojego Syna i pozwolił, aby poprzez śmierć i zmartwychwstanie ochronić nas od Bożego gniewu. Należy tutaj dopowiedzieć, że św. Paweł poprzez Boży gniew nie rozumiał nienawiści, czy też pragnienia zemsty, ale ponoszenie przez człowieka konsekwencji swoich grzechów, by mu uświadomić potrzebę zbliżenia się do Boga. 

Moi drodzy! Pan Bóg nie jest surowym sędzią, który chce nas pokarać za nasze grzechy. To my sami wystawiamy się na ataki szatana poprzez grzeszne odrzucenie Boga. Bóg jest miłością. On nas kocha tak bardzo, że poświęcił dla nas życie swojego Syna. My jednak, aby zbliżyć się do Boga musimy także żyć miłością. I to nie miłością małą, ale miłością największą z możliwych, na ile serce, dusza i umysł pozwalają. Tą miłością mamy także dzielić się z naszymi bliźnimi. Taki obraz Boga, - kochającego Stworzyciela powinni przekazywać rodzice dzieciom, sami jednocześnie czerpiąc z tego wzoru rodzicielstwa pełnego miłości. Dlatego też przykazania miłości są uznane, jako największe.

niedziela, 16 października 2011

Homilia z 19.10.2008.

Umieszczam kolejną homilię. Pierwszy mi się nie bardzo podoba. Ale wyraźnie podkreślam, że homilia ta została napisana i opublikowania w gazetce parafialnej 3 lata temu. 

Mam dość wojny na górze. Pod tymi słowami zapewne może się podpisać wielu z nas. Konflikt pomiędzy Prezydentem i Premierem jest tylko jednym z powodów zrażających ludzi do polityki. Utrzymujący się tak długo konflikt zapewne budzi w nas niepokój. Nikt nie lubi wojny, niemiłych epitetów, którymi opisują się wzajemnie najważniejsze osoby w państwie. Problemem, który także często świadczy przeciwko politykom, jest przedkładanie interesu prywatnego i partyjnego ponad dobro ludzi. Tym bardziej, że niejednokrotnie słyszymy o nadużyciach ludzi władzy. W państwie prawa, w którym powinna dominować sprawiedliwość, nie można się zgodzić na nieuczciwość polityków. 

Nieuczciwe trwonienie pieniędzy powoduje wzrost kosztów państwa, a to wiąże się z pobieraniem wysokich podatków. Nie ma co się zatem dziwić, że ludzie niechętnie je płacą. Tym bardziej, że jeśli potraktujemy podatek jako przymusową daninę na rzecz państwa, możemy poczuć się okradanymi – szczególnie, gdy wiemy o nieuczciwym wydawaniu naszych pieniędzy. 

Niechęć do płacenia podatków, to problem sięgający kilku tysięcy lat wstecz. Wyraźnie zauważone to zostało w dzisiejszej Ewangelii, gdy faryzeusze pragnęli sprowokować Jezusa. Odpowiedź na postawione przez nich pytanie miała skłócić Zbawiciela z jedną ze stron – bądź to z ludnością niechętną Cezarowi, bądź z politycznymi władzami ówczesnego Izraela. 

Jezus jednak nie dał się sprowokować. Wykazał się mądrością przekraczającą myślenie i plany faryzeuszów, a jednocześnie wskazał na bardzo ważną kwestię: w świecie istnieją dwa porządki, wymiary, które powinniśmy respektować. Jednym z nich jest porządek ziemski, w którym na czele stoi ludzka władza. Trzeba sobie uświadomić, że „nie ma (…) władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga” (Rz 13,1) My jednak mamy szansę wpływać na władzę, poprzez aktywne korzystanie ze swoich praw wyborczych. Władza nie powinna kojarzyć się wyłącznie z nieuczciwością, ale może służyć dobru ludzi. Bohater dzisiejszego pierwszego czytania – Cyrus (król perski) – był przykładem tego, który wykorzystał władzę, aby wypełnić wolę Bożą i przywrócić wolność Izraelitom.

Drugi porządek posłuszeństwa, w którym uczestniczymy, to porządek Boży. Słowa Jezusa „oddajcie (…) Bogu, to, co należy do Boga” powinny stać się mottem naszego życia. Święty Paweł mówi, że „w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14,8). Zatem mamy oddawać siebie Bogu – co potwierdza także sam Apostoł Narodów, mówiąc: „proszę was, bracia, (…), abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną” (Rz 12,1) Nasze życie zatem powinno być składaniem ofiary Bogu. Ofiary, czyli poświęcenia. Czy jednak tak rzeczywiście jest? Czy potrafimy chociażby poświęcić niedzielny czas Bogu? Czy jesteśmy w stanie powściągać swoje żądze, aby wypełnić wolą Bożą? 

Trudno zawsze na te pytania odpowiedzieć twierdząco. Nie jest zatem łatwo oddawać Bogu, to co do Niego należy. Jednakże to musi być podstawą naszego działania. Jeśli nie nauczymy się oddawać, tak państwu, jak Bogu, tego co do nich należy, to i nie będziemy w stanie komukolwiek odmierzyć sprawiedliwie należnych mu wartości i rzeczy. 

Moi drodzy! Słowa z dzisiejszej Ewangelii wzywają do sprawiedliwości i oddania tego, co się komu należy – czy to państwu, czy Bogu, czy też innym. Jako ludzie mamy pewne prawa i chcielibyśmy, aby były przestrzegane. Nie chcemy być okradani, oszukiwani, ani wykorzystywani np. przez rządzących. Warto jednak pamiętać, że jeśli zależy nam na sprawiedliwości, to musimy zacząć się o nią starać począwszy od swojej postawy. Uczciwie wypełniajmy swoje obowiązki względem bliźnich, przełożonych i swojego kraju, jednocześnie uczmy się od jedynego w pełni sprawiedliwego – Boga – poprzez sumienne wypełnianie Jego przykazań.  

niedziela, 9 października 2011

Homilia z 12.10.2008.

Podobnie jak tydzień temu, umieszczam homilię opublikowaną 3 lata temu w gazetce parafialnej. Ileś spraw mogło się od tamtego czasu zdezaktualizować - np. ilość czasu od śmierci papieża, czy np. potwierdzenie, że Jan Paweł II jest w niebie i jest wyniesiony na ołtarze. Mimo wszystko zapraszam do lektury.

Tysiąc dwieście osiemdziesiąt dziewięć. Tyle dni mija dziś od śmierci Jana Pawła II - największego z Polaków ostatnich dziesięcioleci, o ile nie w historii. Co po Nim zostało? Wydawać by się mogło, że wiele. Stale wracamy do tej postaci, do życia, pielgrzymek, a także nauczania. Papież zmienił nas – Polaków: dodał odwagi, sił oraz zapału do pracy. Śmierć papieża była dla nas momentem zjednoczenia się we wspólnym przeżywaniu żałoby na skalę nie widzianą przynajmniej od czasów sierpnia roku 1980. Co więcej – myślę, że to wybór Karola Wojtyły i jego pielgrzymka do Ojczyzny w olbrzymim stopniu przyczynił się do powstania Solidarności. 

Papież miał także wielki wpływ na religijność naszych rodaków. W latach pontyfikatu Jana Pawła II seminaria duchowne przeżywały swoiste oblężenie, a mury tych uczelni przygotowujących do kapłaństwa najliczniej były przekraczane w czasach pielgrzymek papieskich. Sam muszę stwierdzić, że wstąpiłem do seminarium w tych latach, chociaż osobiście nie czuję bezpośredniego związku z datą pielgrzymki papieskiej z 1997 roku. 

Mógłbym tutaj jednak sporo napisać o związku mojego powołania z Papieżem, podobnie jak każdy z nas mógłby długo opowiadać o tym, jakie ma wspomnienia o Janie Pawle II. Wydawać by się zatem rzeczywiście mogło, że sporo Tego Papieża w nas zostało. Czy jest to jednak prawdą? Przypomina mi się anegdota, w której papież po śmierci trafił do nieba i oglądając kolejne w nim miejsca zobaczył mnóstwo uszu. Zadał więc pytanie Świętemu Piotrowi, co znaczą te uszy, a święty Piotr odpowiedział że to są uszy, które słuchały przemówień papieskich. One od słuchania się uświęciły i poszły do nieba. Jednakże ich właściciele nie zmieniwszy swojego życia do nieba nie dotarli. Obawiam się że ta historyjka może mówić o niejednym z nas, lecz oby tak nie było! Kochaliśmy papieża, jeździliśmy na spotkania z Nim, słuchaliśmy Jego nauczania. Ale czy nasze życie rzeczywiście się zmieniło? 

Pamiętam jak zaraz po śmierci JPII w kościołach były tłumy ludzi modlących się za zmarłego papieża. Pamiętam też, jak po Mszy św. odprawianej w okolicach północy w mojej ówczesnej parafii, kilka osób poprosiło mnie o spowiedź – bardzo długą i bardzo trudną. Po tych dniach miałem nadzieję, że coś się zmieni w życiu religijnym Polaków. Minęło jednak kilka tygodni i wróciła stara – dosyć szara – rzeczywistość. Kościoły przestały pękać w szwach, liczba rozdawanych Komunii św. zaczęła się zmniejszać. Trochę szkoda, że nie wykorzystaliśmy szansy. 

Nasuwa się tu pytanie: co się wtedy stało? Dlaczego Papież był taki dla nas ważny – przy czym raczej zewnętrznie niż głęboko duchowo? Co powodowało, że jeździliśmy na spotkania z Nim, że gromadziły się tłumy po Jego śmierci, a setki tysięcy pojechały na Jego pogrzeb? Z obawą śmiem twierdzić, że nasza miłość do papieża wynikała głównie z naszej dumy narodowej. Kochaliśmy Jana Pawła II, bo był Polakiem – najwspanialszym ambasadorem naszej Ojczyzny w świecie. Drugi powód, to zapewne nasza miłość do Niego wynikająca z naszego współczucia spowodowanego Jego walką z cierpieniem i chorobą. A być może źródłem było to, że wszelkie spotkania i Msze św. z Nim stawały się niejako olbrzymimi radosnymi ucztami duchowymi, w których każdy chciał uczestniczyć i zawsze wychodził bogatszy.

Teraz – trzy i pół roku po śmierci Papieża - czujemy się osamotnieni. Brakuje nam wielkich uczt. A może brakuje nam świadomości, że w takich, a nawet wspanialszych ucztach możemy uczestniczyć? Dziś w pierwszym czytaniu słyszymy zapowiedź uczty: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych wina” (Iz 25,6). Wprawdzie Jana Pawła II nie ma ciałem między nami, ale jest Ktoś nieskończenie większy od niego – Jezus Chrystus – i On nas wszystkich zaprasza na ucztę – najwspanialszą na świecie – podczas której karmi nas swoim Ciałem. 

Każdy z nas jest na nią zaproszony. My – żyjący i oczekujący na spotkanie z Bogiem w wieczności – oraz ci, którzy już stoją u tronu Stwórcy – w tym zapewne nasz papież. To, czy w takiej uczcie duchowej będziemy uczestniczyli zależy tylko od nas samych. Po prostu trzeba przyjść na Mszę świętą i godnie w niej uczestniczyć, przyjmując Ciało i Krew Chrystusa – najwspanialszy Pokarm, który Bóg nam zostawił, abyśmy nie ustali w drodze ku niebu. Każda Msza święta, nawet gdy jest odprawiana bez pięknej oprawy liturgicznej, jest wspaniałą ucztą, będącą zapowiedzią uczty w niebie. Jeśli kiedyś chcemy w tej niebiańskiej uczcie uczestniczyć i spotkać się tam m.in. z papieżem-Polakiem, to nie może zabraknąć naszego coniedzielnego pełnego uczestnictwa w uczcie Eucharystycznej. Decyzja zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Bóg zaprasza, a nam pozostaje jedynie jak najpełniej i najgodniej na to zaproszenie odpowiedzieć.