Blog przeniesiony

Informuję, że od listopada 2014 niniejszy blog jest prowadzony na nowej stronie xjacek.bartymeusz.pl

piątek, 4 marca 2011

Wniosek z lekcji

Dziś na lekcji religii zwerbalizowałem pewien wniosek, który w jakiś sposób pewno dawno we mnie był:

"Jakie to przykre, że wielu ludzi bardziej dba o swoje zwierzątka, niż o swoją duszę, bo tamte karmi codziennie, a duszę (poprzez Eucharystię) bardzo rzadko". 

Z tego wniosku można by pójść dalej i stwierdzić, że jeśli dusza jest mniej ważna od zwierzęcia, to chyba niezbyt pozytywnie świadczy to człowieku i jego godności na tle innych stworzeń.

Nie chcę tu za bardzo ciągnąć dalszych wniosków z tego wynikających, ale w taki sposób, to można by dojść np., że to tylko kwestia czasu, kiedy dla niektórych ludzi obiektem westchnień i pożądań staną się zwierzęta (przecież one są ważniejsze niż to, co najistotniejsze w człowieku).

środa, 2 marca 2011

Trudna prawda

Czasami wkurzam się na siebie i na swoją wiarę. Przecież już tak dobrze szło, przecież już wszystko wskazywało na to, że już prosto do... np. świętości. I, że będę mógł razem z Chrystusem cieszyć się z tego, jak wielkie rzeczy się dzieją, a ludzie wokół się nawracają. A tu zaraz okazuje się, że to kicha. I uświadamiam sobie, że przede mną jeszcze długa droga do świętości. 

Dziś po lekturze Ewangelii stwierdzam, że chyba nie powinno mnie to dziwić. Jakub i Jan byli już tak blisko (w ich mniemaniu) Jezusa, że chcieli zasiadać po prawicy i lewicy Chrystusa w Królestwie Niebieskim. Chyba za bardzo uwierzyli we własne siły, albo... Albo po prostu po raz kolejny odezwało się w ich sercach wewnętrzne, próżne myślenie, które od dzieciństwa tkwiło w zakamarkach ich serca. 

My, stojący z boku dostrzegamy, jak żałosne są ich pragnienia w stosunku do tego, o czym Jezus mówił (o Jego męce). Ale wypowiedzenie tego, chociaż spotkało się z krytyką, pomogło im poznać prawdę o nich samych i przygotować na doświadczenie wyzwalającej Prawdy. 

Z nami często jest jak i z Jakubem i Janem. Mamy swoje plany, które nam się wydają wielkimi, a są bardzo żałosne. Są też nasze problemy, bądź rany, do których nie chcemy się przyznać. Wypowiedzenie ich przed Jezusem, a także przed osobą stojącą z boku (np. kierownikiem duchowym) pomaga zobiektywizować i poznać bardziej prawdę o sobie samym. Dopiero ta, coraz bardziej poznana prawda (która nieraz boli, podobnie jak zapewne w przypadku apostołów), pozwala przygotować na radość zmartwychwstania i otwarcie się na przychodzącego Ducha Świętego.

Jakie stąd wnioski? Szukajmy Jezusa i bezinteresownej z Nim relacji. A jeśli jednak coś nas gryzie, a może czujemy, że jest to niewłaściwe pragnienie, nazwijmy to po imieniu. Warto także inne pragnienia zwerbalizować. Przyznajmy się do tego nie tylko przed Chrystusem, ale przed sobą samym i kimś stojącym z boku, aby poznać prawdę, która wyzwala. 

Pamiętajmy, prawda, choćby była jak najboleśniejsza, pozostanie prawdą i prowadzi do ostatecznej Prawdy. Trudno być wolnym, a przez to otwartym na Chrystusa, jeżeli mamy w sercu jakąś myśl, bądź pragnienie, do których boimy się przyznać. Jeśli nie jesteśmy w stanie się do czegoś przyznać, to znaczy, że ta prawda nas zniewala. A więc nie jest to Boża prawda, tylko zafałszowana przez szatana. Od takiej trzeba jak najszybciej uciec.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Wrzuć na luz

Dziś miałem dzień pełen rozterek, wątpliwości, może gdzieś pojawiającego się buntu. No... w sumie ci, którzy przeżyli rekolekcje takie jak ja, uprzedzali mnie, że mogę wrócić z nich rozwalony. Inna rzecz, że sprawa cały czas nie dotyczy tego, co było podstawowym zamysłem rekolekcji.

Jaki był (jest) mój dzisiejszy problem? Chyba za bardzo chcę być święty. Nie chcę dopuścić możliwości grzechu i tego, co mnie od Boga oddziela i pragnę na siłę otworzyć się na Boga. Tyle tylko, że zupełnie mi to nie idzie.

Z pomocą w dzisiejszych rozterkach przyszła rozmowa, a dokładniej wymiana maili ze znajomą osobą. Dzięki temu uświadomiłem sobie, że ja muszę odpuścić, otworzyć się, a nie na siłę szukać Boga. 

Dopełnieniem tych wniosków była dzisiejsza Ewangelia. W rozmowie z bogatym młodzieńcem Jezus każe mu sprzedać wszystko co ma i pójść za Nim. Uświadomiłem sobie, że nie musi tu wcale chodzić o bogactwo, ale także to wszystko co mnie zniewala, ogranicza. Moje myślenie, że ja MUSZĘ być jak najświętszy ograniczało mnie, być może wręcz zniewalało. I do czego to prowadzi? Jezus mówi, że nikt z ludzi się nie zbawi, lecz dla Boga jest to możliwe. Mam takie wrażenie, że ja na siłę chciałem dojść do zbawienia, w swój własny sposób - trochę na siłę. Ale to niemożliwe. Muszę iść z Chrystusem, a dokładniej tak, jak to powiedział młodzieńcowi: "Pójdź ZA MNĄ". Zatem Jezus niejako mówi: "nie przede mną", "nie obok mnie", "nie ciągnij mnie do swoich planów, lecz pozwól mi nadawać tempo, wskazywać drogę i jakie przeszkody na tej drodze będą". Ja sobie uświadomiłem, że to moje pragnienie bycia świętym na siłę, chciało ograniczyć Jezusowi decydowanie o mojej drodze i sposobie jej przechodzenia. A trudno w taki sposób osiągnąć zbawienie, a nawet to, co już tu na ziemi zapowiada zbawienie, jak bliskość Boga i pokój w sercu. Niech te dzisiejsze przemyślenia będą wezwaniem dla mnie, by pozwolić Bogu działać. Muszę Mu zaufać, że On jednak sporo lepiej wie jaką drogą i jakim tempem mnie poprowadzić. A przy moim dążeniu na siłę, muszę po prostu momentami wrzucić na luz i dopasować się do tego, co wskazuje Jezus i do Jego tempa uświęcania mnie.

niedziela, 27 lutego 2011

Dziwne (?) rekolekcje

Byłem przez kilka dni na rekolekcjach. Trzeba uznać, że to dobry czas. Chociaż wydawać by się mogło, że przeżyłem je jakoś obok. Mam wrażenie, że inaczej przeżywałem, niż wiele osób. Bo wiele osób przełamywało się w otwieraniu na miłość - czy to Boga, czy bliźniego - nieraz wylewając spore ilości łez. Ja nie twierdzę, że się nie przełamałem. Chociaż to dopiero owoce pokażą. Fakt jest jednak taki, że łzy się wprawdzie były, ale na tyle mało, że zapewne więcej pojawiło się w trakcie samej drogi na rekolekcje, niż podczas nich.

Mam wrażenie, że w ogóle do innych wniosków dochodziłem, niż mogli oczekiwać prowadzący rekolekcje. Cóż... może dziwny jestem? A może Pan Bóg mnie wysłał na te rekolekcje nie po to, aby dokonać tego, o czym myśleli prowadzący, tylko z innego powodu. Jest to o tyle możliwe, że przecież Bogu nie potrzebne są żadne rekolekcje, by do nas dotrzeć, ale chce naszego posłuszeństwa i otwierania się na Jego działanie. A ja, co by nie powiedzieć staram się na ile się da. Ale problem z tym, że chciałbym wiedzieć, czego Bóg ode mnie chce. Bo jak być posłusznym, kiedy ogólnie rzec biorąc nie wiem czemu konkretnie? 

Rekolekcje chyba potwierdziły, że Bóg ma świadomość, że mam takie rozterki. Gdy jednego dnia rozważałem słowa Ewangelii o dialogu Jezusa z Piotrem po zmartwychwstaniu, uświadomiłem sobie, że Jezus podobne pytania po raz kolejny mi stawia: "Czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?", a ja odpowiedziałem: "Panie, Ty wiesz, że na ile potrafię, to Cię kocham i chcę za Tobą takim iść". Jezus powtórzył "Pójdź za mną" tak mocno, że wyraźniej czuję, co mnie niedługo czeka. Tego w tej chwili tu nie napiszę. Poczekam, czy się potwierdzi. Jednakże napiszę jeszcze jedną refleksję...

Na koniec rekolekcji myśląc o powyższych przemyśleniach cieszyłem się ogromnie z działania Boga i powiedziałem: "Panie, chcę iść za Tobą dokądkolwiek mnie zaprowadzisz". I wtedy przed moimi oczami stanęła dalsza część tej Ewangelii o dialogu z Piotrem. A tam słowa: "Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga" (J 20,18-19). Przez głowę przebiegła tak silna myśl: "męczeństwo", że mam wrażenie, że chyba mi Bóg powiedział, czego ode mnie oczekuje. A jeśli nawet nie męczeństwa, to przynajmniej gotowości na to. Kapłaństwo, to nie bajka, lecz Chrystus. Nie da się w pełni naśladować Chrystusa, bez gotowości udziału w Jego Krwi. Nie będę ukrywał, że ta myśl nie była dla mnie łatwa. Ale z Bożą pomocą z tymi myślami zaczynam się oswajać. A co z tego wyjdzie? Życie pokaże.

Bądź uwielbiony Panie w sakramencie kapłaństwa i w tym wszystkim, do czego mnie powołujesz. 

Chwała Panu!

czwartek, 17 lutego 2011

Prawdziwa miłość

Jestem takim dziwnym typem, że nieraz się wzruszam, wręcz pojawiają mi się w oczach łzy. Ktoś zapyta, co to za facet, gdy płacze? O tym może w innym poście. Inna rzecz, że niektórzy twierdzą, że ksiądz to nie facet (w sumie być może byłoby prościej, gdyby niektóre kobiety na księdza nie patrzyły tylko jak na faceta, bo tak się zdarza).

Nie o tym jednak chciałem pisać. Niedawno uświadomiłem sobie pewną rzecz. Oglądałem pewien film na którym zwycięża miłość. Wzruszyłem się. Ja, to ja... Ale ileż kobiet płacze na takich scenach? Ileż osób czyta książki - romanse, czy ogląda filmy - melodramaty? Zapewne u takich osób jest dużo wzruszeń oraz momentów, w których osoby chyba za bardzo utożsamiają się z głównym bohaterem i pragną przeżyć taką samą piękną miłość.

Ciekaw jestem, dlaczego tak mało osób wzrusza się Ewangelią, w której miłość zwycięża śmierć. Miłość aż po grób - ileż osób o takiej miłości marzy, a jakoś rzadko kiedy prowadzi nas to do wzruszeń.

Może po prostu Ewangelia nam spowszedniała? Może nie uświadamiamy sobie, jak wielkie rzeczy uczynił dla nas Jezus? A może świat po to pokazuje inną miłość, by nie przyszło nam do głowy tęsknić za tą prawdziwą miłością? Kto wie? Być może gdyby było mniej romansów i melodramatów, na nowo zachwycilibyśmy się tym, co prawdziwe, a nie sztuczne i wyreżyserowane?