Blog przeniesiony

Informuję, że od listopada 2014 niniejszy blog jest prowadzony na nowej stronie xjacek.bartymeusz.pl

niedziela, 27 listopada 2011

Homilia z 30.11.2008.

Wezwanie do chorego. Ciężki stan. Przy łóżku żona, kilkoro najbliższych osób. Smutek, płacz. Zapewne ostatnie godziny życia. Świadomość umierania bliskiej osoby jest straszna. Zrobiłem, co byłem w stanie. Udzieliłem odpustu zupełnego na godzinę śmierci, starałem się podnieść na duchu bliskich i wróciłem do siebie powierzając w modlitwie chorego. W domu została rodzina. To teraz od nich dużo zależy - od tego, jak będą czuwać przy łóżku chorego. Mam świadomość, że sakrament chorych często pomaga, także wyzdrowieć, ale bardzo dużo zależy od wiary, przede wszystkim chorego. Jednakże ewangeliczna scena uzdrowienia paralityka pokazuje, że wielkie znaczenie ma także wiara osób, które będą czuwać przy jego łóżku. 

Wytrwałe czuwanie przy chorym jest dla wielu z nas przykładem tego, do czego wzywa nas Jezus w Ewangelii. Każdy z nas kiedyś stanie na Sądzie Bożym i będzie musiał rozliczyć się z własnego życia. Ale to od naszej postawy zależy, jak będziemy wyglądali w oczach Boga. Warto mieć świadomość, że Stwórca nas zna, bardziej niż my samych siebie. I nie będzie nas rozliczał z rzeczy, które od nas nie zależą – wszak stworzył nas z naszymi ograniczeniami. Jednak to, czego pragnie, to abyśmy czujnie i wytrwale wyczekiwali spotkania ze Zbawicielem – czy to przy końcu świata, czy w momencie naszej śmierci. A nikt nie wie, kiedy taka chwila nastąpi. 

Mamy czuwać. Może warto się zastanowić, do czego nas wzywa nasz Pan. Połączenie w Ewangelii słów „czuwajcie” i „uważajcie” zwraca naszą uwagę na niebezpieczeństwo na nas czyhające. Tym niebezpieczeństwem w znaczeniu wiecznym nie są nawet jakieś choroby, tragedie życiowe, czy wypadki na ulicach. Sporo gorsze niebezpieczeństwo może dotyczyć naszego życia duchowego. Święty Piotr w swoim liście mówi: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” (1 P 5,8). Szatan zrobi wszystko, aby odciągnąć nas od miłującego Boga i po naszej śmierci poprowadzić nas ku potępieniu. Nasze czuwanie ma zatem służyć temu, aby nie dać się zaskoczyć i poprzez swoje życie w bliskości Boga dojść do życia wiecznego. 

W naszym zmaganiu się z grzechami i atakami Złego nie możemy jednak liczyć tylko na własne siły. Jezus w trakcie Ostatniej Wieczerzy mówił: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Nie możemy zatem bez Jezusa ani dojść do nieba, ani zwyciężyć z grzechem. Jezus w tym samym zdaniu używa synonimu czuwania, mówi: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity”. (J 15,5). Trwać, podobnie jak czuwać, należy nieustannie. To trwanie w Chrystusie otwiera nam drogę do nieba i daje życie wieczne. Sam Zbawiciel o tym mówi w mowie o chlebie życia. Mówi też tam, że „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6, 56). Nie da się zatem trwać, a przez to czuwać, bez nieustannego karmienia się Eucharystią. To jest pokarm dający życie wieczne i od niego zależy także skuteczność naszej walki duchowej. 

Moi drodzy! Zaczyna się Adwent. Okres przygotowanie na przyjście Zbawiciela. Niech ten czas przypomni nam potrzebę nieustannego i wiernego trwania przy Chrystusie, walki z grzechem i czuwania na posterunku wiary. Pamiętajmy, że naszą ochroną powinien być sam Jezus Chrystus i Jego Eucharystyczne Ciało. Dlatego winniśmy stale się nawracać, aby nie przegapić ważnego momentu spotkania z Bogiem.

piątek, 25 listopada 2011

Jak to z uczniami bywa

Już nieraz dawałem do zrozumienia, że jedną z cięższych rzeczy, które wykonuję, jako kapłan, to bycie nauczycielem religii w szkole. Ciężko się prowadzi lekcje. Nieraz nie daje się w ogóle prowadzić. Już nieraz zauważyłem rolę modlitwy w tej sprawie. Zauważyłem, że jeśli przed lekcjami odmawiam modlitwy uwolnieniowe - związujące działanie złych duchów, na lekcjach pojawia się większy spokój. Chociaż to różnie bywa, ale brak modlitwy często powoduje, że na lekcji bywa naprawdę ciężko.

Taką ciekawostką może być to, że klasy, z którymi było ciężko, troszkę się ostatnio uspokajają, a inne klasy pogarszają swoje zachowanie. Pewnym wyjaśnieniem tego zjawiska może być ilość i rodzaj modlitwy. Chyba bardziej i konkretniej modliłem się za klasy te trudniejsze, a te pozostałe klasy chyba aż tyle modlitwy nie potrzebowały. A przynajmniej tak mi się wydawało i teraz widać efekty.

Aby było jasne wyjaśnię, że w miarę systematycznie (chociaż nie codziennie) modlę się za swoich uczniów, także za nauczycieli w mojej szkole. Pojawić się jednak może pytanie, czy to coś daje. Myślę, że tak. Przede wszystkim potwierdzeniem są wspomniane przeze mnie zmiany postawy uczniów - chociaż do warunków w miarę normalnych dużo jeszcze brakuje. Dziś też jedna z nauczycielek, która do tej pory widząc mnie zawsze odwracała głowę, dziś spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała "Niech będzie pochwalony". Szkoda, że nie dokończyła, ale chyba już połowa sukcesu. Mogłoby też coś się zmienić z pewną nauczycielką, która nieraz zakłada jako biżuterię "Oko Horusa" - znak księcia ciemności. Ale może jeszcze nie czas.

Zmienia się także chyba coś w uczniach, albo przynajmniej jakoś pęka. Otóż dziś w dwóch różnych klasach, zupełnie różne osoby, zapytały mnie o tematykę eksterioryzacji - czyli wychodzenia z ciała. Może to przypadek, może nie. Ale prawda jest taka, że w tym działaniu wykorzystuje się nadprzyrodzoną moc, która nie pochodzi ani od człowieka, ani od Boga (przynajmniej w bezpośrednim znaczeniu). Wyjaśniłem, że to działanie niestety jest dosyć prostą drogą do zniewolenia, a nieraz i do opętania. Jedna z tych osób powiedziała, że próbowała tego, a wie, że sporo innych osób też to robi. Gdy powiedziałem o tej możliwości zniewolenia, chyba się przestraszyła. Przyznała też, że ostatnio ma różne koszmary w nocy itp. Czy po tej rozmowie zmieni swoje życie? Nie wiem. Ale sam fakt, że ludzie zaczynają się przyznawać do pewnych rzeczy jest dla mnie znaczące. Po pierwsze - może to być oznaka, że coś się zaczyna łamać i może warto odpowiednio pokierować, by doprowadzić do wolności. A po drugie - naprawdę nie ma co się dziwić, że zachowanie uczniów na lekcjach jest takie, jakie jest, a modlitwa uwolnieniowa w tym wszystkim na pewien czas pomaga.

Trudna jest rola księdza-katechety. Ale jakże ważna. I chociaż wiem, że za dużo tych uczniów sam nie nauczę, to być może moim zadaniem jest przynajmniej za nich się modlić, a w miarę nadarzającej się okazji być narzędziem Boga i odpowiednio pokierować.

wtorek, 22 listopada 2011

Refleksje o uzdrowieniu

Niedawno słuchałem konferencji o. Fabiana Błaszkiewicza. Dotyczyła ona życiu po uzdrowieniu przez Jezusa. Podzielę się pewnymi refleksjami "z okolic" tej konferencji - tzn. trochę wzięte z niej, a trochę z moich przemyśleń.

Coraz modniejsze jest uczestniczenie w modlitwach o uzdrowienie. Można zadać sobie pytanie dlaczego. Oczywiście - gdy mamy do czynienia z kwestią uzdrowienia fizycznego, z poważnej choroby, to nie ma co się dziwić. Po pierwsze - widoczny znak uzdrowienia bardziej przemawia do ludzi i może pomóc bardziej uwierzyć. Po drugie wielu ludzi mówiąc o zdrowiu, myśli tylko o tym fizycznym.

Jednakże sporo częściej Jezus dokonuje uzdrowienia wewnętrznego. Dlaczego? Sfera duchowa jest sporo ważniejsza, niż fizyczna. Co oczywiście nie oznacza, że możemy lekceważyć ciało - co by nie mówić, to jednak jest nam dane przez Boga i jest świątynią Ducha Świętego, który w nas mieszka. Jednakże zdrowe ciało na nic nam się nie zda w dłuższej perspektywie, jeśli nie będziemy zdrowi duchowo i wewnętrznie. Lepiej przecież bez oka, czy ręki wejść do Królestwa Niebieskiego, niż z całym i pięknym ciałem pójść ku potępieniu. Często także uzdrowienie wewnętrzne jest podstawą do uzdrowienia fizycznego. Wiele bowiem chorób fizycznych ma podłoże psychiczne lub duchowe.

Jezus będąc także na ziemi - 2000 lat temu - uzdrawiał głównie dusze ludzkie. Nawet, gdy był widoczny znak uzdrowienia fizycznego, to głównie po to, by wielu ludzi bardziej uwierzyło w Jezusa i nawróciło się. Dzięki temu wzrastała chwała Boża wśród ludzi i więcej osób mogło doświadczyć zbawienia. Takim wzorcowym przykładem może być scena uzdrowienia paralityka. Wtedy to Jezus zanim kazał wstać i pójść z łożem do domu, odpuścił wpierw grzechy choremu. I chociaż takich scen w Piśmie Świętym za dużo nie znajdziemy, to jednak zapewne tak przebiegał proces uzdrawiania przez Jezusa w większości przypadków.

Mówiąc jednak o uzdrawianiu, można zadać pytanie, dlaczego nie wszyscy doświadczają uzdrowienia fizycznego, a nawet wewnętrznego. Pierwszą odpowiedzią jest to, że Boży plan jest inny, niż nam by się wydawało, jaki powinien być. Druga sprawa, to kwestia naszego trwania w grzechu, lub obstawianiu przy swojej wizji tego, jak Bóg ma działać. Powoduje to, że mocno ograniczamy szansę działania Boga względem nas.

Kolejna sprawa, to pytanie, czy w ogóle mamy świadomość, że jakiegoś uzdrowienia potrzebujemy. Bóg na siłę czegoś za nas i dla nas nie będzie robił. Ważną rzeczą jest uświadomić sobie, co jest nam potrzebne i o to prosić.

W tym wszystkim nie można jednak zapomnieć o pewnej ważnej rzeczy. Bóg nie jest Bogiem przypadku. W Nim i Jego działaniu zawsze jest cel. I dlatego prosząc Jezusa o uzdrowienie, trzeba mieć świadomość, po co On to ma zrobić. Do czego nam jest potrzebne uzdrowienie? Oczywiście - można powiedzieć, że chcemy bardziej chwalić Pana Boga - no... bez tego to się nie obędzie. Ale często ten powód powinien być bardziej konkretny. Trzeba sobie zadać pytanie, do czego planuję wykorzystać to, co Bóg mi daje. Jeśli ma zaspokoić tylko moją ciekawość, albo spowodować, że przeżyję to emocjonalnie, a potem zapomnę, to nie dziwię się, że Bóg może takiego uzdrowienia (czy w ogóle upraszanej łaski) nie dać. 

Pewną sprawą z tą związaną jest zadanie sobie pytania, co ja zamierzam zrobić zaraz po uzdrowieniu. Bo to też kwestia celowości uzdrowienia. To jest o tyle ważne, by na przykład stwierdzić, czy Bóg mnie uzdrowił. Jezus naprawdę dużo osób uzdrawia, tyle tylko, że nie wszyscy mają tego świadomość. Po prostu najczęściej nie wierzą w możliwość uzdrowienia. A jeszcze częściej nie dają Bogu szansy, by potwierdziło się uzdrowienie.

Często człowiek jest uzdrowiony, a żyje, tak jakby nie był. O. Fabian daje przykład chłopca, którego bolał ząb. Bojąc się dentysty zaczął jeść potrawy zębami z drugiej strony ust. Trwało to sporo czasu, tak, że stało się to regułą. Ból zęba jednak tak się nasilił, że wizyta u dentysty była konieczna. Po tej wizycie ząb został naprawiony i uzdrowiony. Jednakże chłopiec nadal jadł tą drugą stroną, tak jakby stan chorobowy nadal miał miejsce. 

I tak jest często z nami. Jezus nas uzdrawia, a my nadal żyjemy, tak jakby tego uzdrowienia nie było. Wiedząc jednak po co nam uzdrowienie i co chcemy dzięki niemu czynić, powinniśmy dać Bogu szansę i zacząć żyć, tak jak by to uzdrowienie miało miejsce. Najczęściej nie przekonamy się, że Bóg nas uzdrowił, dopóki nie spróbujemy żyć, tak jakby uzdrowienie miało miejsce. Przykładowo człowiek nie przekona się, że Bóg uzdrowił jego nogi, gdy nie spróbuje na nich stanąć, czy wręcz się przejść.

Zatem, moi drodzy, módlmy się o uzdrowienie, prośmy o takie modlitwy. Ale także dajmy Bogu w tym wszystkim szansę. Najpierw uświadommy sobie, że potrzebujemy uzdrowienia, po co ono nam jest i co planujemy po tym uzdrowieniu robić. Potem poddajmy się modlitwie, a następnie z wiarą podejmijmy to, co zaplanowaliśmy po uzdrowieniu. W tym wszystkim nie zapomnijmy jednak, że chwała Boża jest ważniejsza niż nasze zdrowie. I poprzez modlitwy wielbiące oraz składanie świadectwa wychwalajmy Boga tak mocno, jak tylko potrafimy.

niedziela, 20 listopada 2011

Homilia z 23.11.2008.

"Proszę księdza, piekła nie ma. A największym farmazonem, który głosi Kościół jest to, że człowiek może zostać opętany przez złego ducha". Te słowa usłyszałem w mijającym tygodniu od jednej z uczennic na lekcji religii. Wprawdzie nikt nam nie każe wierzyć w szatana, a wręcz przeciwnie – w Boga, to niewiara w istnienie diabła i piekła, przeczy słowom Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. A zatem człowiek wierzący Chrystusowi powinien wierzyć także w istnienie złego ducha.

Niestety zaprzeczanie istnienia diabła źle świadczy o naszej wierze. Do tego, że musi istnieć Istota Najwyższa, którą uznajemy jako Boga, da się dojść na podstawie rozumu. Trudno zatem chrześcijaństwem nazwać tylko wiarę w istnienie Boga. Prawdziwa wiara musi przekładać się na "coś" więcej. Nasze wątpliwości co do istnienia piekła potwierdzają, że nie bardzo wierzymy Pismu Świętemu oraz niejako okazujemy się nie być lepszymi niż sam szatan. Święty Jakub pisze w swoim liście: "Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą" (Jk 2,19). Paradoksalnie może się okazać, że wiara złego ducha może nas wiele nauczyć. Rozmawiałem kiedyś z egzorcystą, który opowiadał, jak w trakcie egzorcyzmu człowiek opętany wił się po podłodze do czasu, gdy wszedł kapłan z Najświętszym Sakramentem. W tym momencie zły duch przemówił przez opętanego: "Nigdy się Tobie nie pokłonię". Jakże często my nie jesteśmy w stanie z wiarą uznać Boga w Eucharystii, a jakże wymowne uznanie świętości Boga pod postacią chleba, przez złego ducha. Kiedyś jedna kobieta będąca świadkiem egzorcyzmu stwierdziła, że w ciągu kilkudziesięciu minut przeżyła największe rekolekcje, widząc jak zaciekle szatan walczył, aby nie wyjść z człowieka pod wpływem modlitwy egzorcysty. 

Szatan naprawdę istnieje i prawdziwie człowiek może zostać przez niego opętany. Często jest to możliwe, gdy człowiek zwraca się ku mocom innym niż Bóg. Nie musi tu nawet chodzić o jakieś bezpośrednie zwracanie się ku księciu ciemności, ale np. poprzez szukanie wiedzy o przyszłości za pomocą wróżek, horoskopów, wahadełek. Przyczyną opętania bywa nieraz korzystanie z. tzw. medycyny naturalnej oraz przedmiotów, które sięgają po moc inną niż Boża, albo w sposób niezgodny z Bożymi przykazaniami. Sięgnięcie po rzeczy wykraczające ponad naturę, przeczy pierwszemu przykazaniu do takiego stopnia, że niemalże Panem przestaje być Jezus, a staje się nim zły duch. Bywa tak, że człowiek nie jest w stanie szczerze powiedzieć kluczowych dla naszej wiary słów "Jezus jest Panem" (Rz 10,9), albo uznać Jezusa Chrystusa za króla swojego, naszego narodu bądź całego wszechświata. 

Tajemnica dzisiejszego dnia jest bardzo niemiła dla szatana z dwóch powodów. Złemu duchowi bardzo zależy, aby ludzie przestali wierzyć w jego istnienie, a Jezus wyraźnie o tym w Ewangelii mówi. Szatan także bardzo nie chce uznać wyższości Jezusa nad sobą. Szatan – ojciec kłamstwa i pychy – był i będzie przy końcu świata kolejny raz pokonany przez Jezusa – pełnego prawdy, pokory i miłości. 

To właśnie te trzy cechy pomagają nam walczyć ze złym duchem i uniknąć kary piekła. W naszym życiu powinniśmy z pokorą szukać prawdy o sobie, a także prawdy, że tylko Jezus jest Panem i tylko On może nas zbawić. Potrzeba nam także Miłości – tej Bożej - pełnej miłosierdzia. Trzeba mieć świadomość, że nie możliwe byłoby nasze zbawienie, gdyby nie miłosierdzie Boże oraz Jego bezgraniczna i bezinteresowna miłość, aż po krzyż. Potrzebne jest nam Boże miłosierdzie. Jednakże nie możemy zapominać o jednej bardzo ważnej rzeczy – o słowach, które wypowiedział Jezus – "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Jeśli chcemy doświadczyć Bożego miłosierdzia i być zbawionymi, sami musimy okazywać innym miłosierdzie. To, o czym Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, to nic innego, jak uczynki miłosierdzia. Musimy zatem pamiętać: Jeśli chcemy dostąpić zbawienia, nie da się tego osiągnąć, jeśli nie będziemy miłosierni względem naszych bliźnich, a także jeśli nie będziemy wierzyli w to wszystko, co mówi Pismo Święte oraz jeśli nasza wiara nie będzie przekładała się na konkretne działanie w życiu.

piątek, 18 listopada 2011

Miesiąc później - wspomnienie

Moja mama, Alicja, odeszła do Pana dokładnie miesiąc temu, 18 października, o godz. 6.00. Czas na zapowiadane wcześniej refleksje z tego, jak przeżywałem umieranie mamy i tego, co działo się dookoła.

Mama miała kłopoty zdrowotne już od długiego czasu. Mniej więcej 20 lat temu miała mieć pierwszą operację na sercu, ale wtedy się nie zgodziła, bojąc się osierocić dzieci w dosyć młodym wieku. Od tego czasu przeżywała różne operacje i zabiegi związane z sercem - m.in. wymiana jednej z zastawek, wszczepienie stymulatora serca, ablacja. Do tego leczone były inne części organizmu - np. wycięcie guza na nadnerczu. Ogólnie ze stanem zdrowia mamy było nie najlepiej od wielu lat i nieraz bywała w szpitalu. Dlatego też chyba jakoś za mało w nas było świadomości niebezpieczeństwa śmierci mamy, podczas październikowej operacji. Po prostu chyba się jakoś uodporniliśmy na informację o słabym stanie zdrowia mamy, licząc, że kolejny raz będzie dobrze.

To, że operacja była niemalże konieczna, to wiedziałem także od pewnego kardiologa (czy też kardiochirurga), który w szpitalu na Banacha prowadził i badał mamę, a jednocześnie jest moim parafianinem i systematycznym uczestnikiem odprawianych przeze mnie Mszy św. Wydolność serca mamy była bardzo mała. Potrzeba było wymienić jedną z zastawek, a poprzednio wymienianą poprawić. Dopiero po operacji dowiedziałem się, że tak naprawdę, to wymieniali mamie wszystkie 3 zastawki.

Mama zdecydowała się przechodzić operację w Instytucie w Aninie, czyli tam, gdzie przechodziła poprzednie operacje na sercu. Zawiozłem ją tam w Święto Archaniołów - 29 września. Bardzo szybko okazało się, że operacja musi być wykonana w ciągu kilku dni. Pojawiła się nasza wzmożona modlitwa. Odprawiłem w międzyczasie kilka Mszy św. w intencji mamy, byłem na kilku Mszach i modlitwach o uzdrowienie. Prosiłem także o wspólną modlitwę osoby, które mają różne dary charyzmatyczne. W trakcie modlitwy jedna z tych osób, której ufam w kwestii rozeznania, poczuła przynaglenie do modlitwy za lekarzy. Jak się później okazało, ta modlitwa mniej więcej dwukrotnie się przydała. Na końcu wspólnej modlitwy ta sama kobieta dostała takie słowa: "skąd nadejść ma dla mnie pomoc, pomoc moja od Pana". Z tego zdania miało wynikać, że wszystko się pozytywnie zakończy. Miałem przekonanie, że ogólnie będzie trudno, ale Pan ostatecznie pomoże. 

To przekonanie towarzyszyło mi dosyć długo - nawet jeszcze po śmierci mamy. Ufałem do końca, że mama przeżyje. Nawet, gdy się okazało, że po pierwszej operacji trzeba było zrobić drugą. Nawet, gdy w piątek (2 dni po operacji) stan mamy był na tyle tragiczny, że trzykrotnie trzeba było przywracać życie mamy przez reanimację. Lekarze nie wiedzieli, jak pomóc. W tamtym czasie informacja o modlitwie rozeszła się po wielu ludziach - także kilku parafiach. Modliły się chyba setki osób. W tamten piątek około godziny 15, gdy modliliśmy się na Koronce przyszły mi słowa, które wzywały do wiary oraz wskazywały na uzdrowienie. Mniej więcej o tej porze stan mamy zdecydowanie się poprawił. Chociaż mama cały czas nie odzyskiwała świadomości, a jej stan był ciężki, to jednak był dosyć stabilny.

Tak działo się do świtu w poniedziałek. Wtedy to zaczęło gwałtownie spadać ciśnienie. Lekarze nie potrafili tego wytłumaczyć. We mnie cały czas była nadzieja, na wyzdrowienie mamy. Nawet wtedy, gdy wieczorem zadzwoniono ze szpitala, by przyjechać się pożegnać z mamą, bo to ostatnie chwile jej życia. Ja wtedy byłem na rekolekcjach kapłańskich, na szczęście niedaleko Warszawy. Ponieważ nie miałem samochodu, więc poprosiłem znajomego księdza, by ze mną pojechał. Na salę pooperacyjną weszliśmy my dwaj, wraz z moim bratem. Modliliśmy się, wierząc, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Później, po śmierci mamy, tamten ksiądz przyznał, że słyszał wewnętrznie takie słowa "pozwólcie mi odejść". 

Mama zmarła we wtorek rano. Okazało się, że konieczna była sekcja zwłok mamy, bo lekarze nie potrafili stwierdzić, co się z mamą stało przez te ostatnie 24 godziny. Do dziś nie wiem, jaki jest wynik tej sekcji, ale trzeba będzie się jeszcze dowiedzieć.

Śmierć mamy, nie przekreśliła mojej nadziei w pomoc Pana. Chociaż może wydawać się to mocno dziwne, to ja stale wierzyłem, że to jeszcze nie koniec. Okoliczności związane z sekcją zwłok wydały mi się, że są dobrą okazją, by się modlić o... wskrzeszenie. Tym bardziej, że naszło mnie przekonanie, że należy modlić się o to za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II. Wszak w jego wspomnienie miała być pochowana mama. 

Poprosiłem kilka zaufanych osób o to, by się w tej właśnie intencji modlili wraz ze mną. W dzień sekcji, gdy trzeba było zawieźć ubrania oraz zidentyfikować zwłoki, poprosiłem, by brat mnie zabrał ze sobą z rekolekcji. Tego dnia rano poznajdowałem różne słowa z Pisma Świętego, które mówiły o cudach Jezusa, o wskrzeszaniu, ale także o tym, że modlitwy w pewnych warunkach zostaną wysłuchane. W jednym z fragmentów też Jezus mówił, że Jego uczniowie będą robić takie same rzeczy, a nawet większe, niż On. Dodatkowo na modlitwie przypomniała mi się scena z księgi Ezechiela, gdy prorok ożywia umarłe kości. Zebrałem te wszystkie modlitwy ze sobą, poczytałem, rozważałem i stwierdziłem, że nie ma przeciwwskazań do tego, by Bóg mamę wskrzesił po naszych modlitwach. Na miejscu, nie widząc jeszcze ciała mamy, modliliśmy się z bratem na różańcu. Gdy na końcu zacząłem cytować jedną z modlitw Ezechiela, zerwał się ogromny wiatr. Tyle tylko, że po liściach drzew zupełnie nie było go widać. My jednak namacalnie czuliśmy. Potem sytuacja powtórzyła się już nad otwartą trumną mamy. Czułem taką ogromną moc modlitwy, że nie pamiętam, kiedy tak było. Ciało przechodziły takie ogromne dreszcze (ciary), że ... (nawet nie wiem jak to określić). Podobne odczucie miał mój brat. W którymś momencie usłyszał on w sercu takie słowa "zabieram mamę do nieba". Te ciary jeszcze się nasiliły. A potem modlitwa zaczęła się uspokajać. Jeszcze przeszła mi przez myśl scena Eliasza wstępującego do nieba. W tamtej scenie płaszcz proroka spadł na Elizeusza. A jednocześnie, zapewne, według prośby tego ostatniego na niego spadły dwie części ducha Eliasza. Miałem takie przekonanie, że na nas zstępuje Duch Święty - nie tylko naszej mamy, ale niemalże wszystkich świętych.

Pojawił się taki ogromny wewnętrzny pokój w sercu i poniekąd radość. Bóg zabrał mi przekonanie, że mamę wskrzesi tu na ziemi, ale dał pewność, że mam orędownika w niebie. Dał także pomoc w postaci Ducha Świętego. Dzięki temu mogłem dosyć spokojnie przeżyć pogrzeb mamy oraz Mszę świętą z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie - która miała miejsce tego samego dnia. Widzę też i czuję, że to wszystko towarzyszy mi także po dzisiejszy dzień.

Podzielę się jeszcze pewną refleksją. Mój spowiednik zapytał się, jak to było z tym pomysłem modlitwy o wskrzeszenie. Jakie było źródło tego natchnienia? W trakcie odpowiedzi na początku stwierdziłem, że może jednak moje - wszak takie było moje pragnienie. Jednakże w trakcie tej samej wypowiedzi doszedłem do wniosku, że mógł to natchnienie dać także sam Bóg. Rok temu, gdy umierała Monika Brzoza, chodziło mi po głowie, by się modlić o wskrzeszenie. Ale nie zrobiłem tego, bo się bałem, co będzie, gdyby ta modlitwa była skuteczna. Teraz ważną rzeczą było to, że się odważyłem o to modlić. Dzięki temu otworzyłem się bardziej na działanie Ducha Świętego, którego tak namacalnie poczułem w trakcie modlitwy. Czuję, że ta modlitwa, to jest krok naprzód - nawet w kontekście tego, co było w poprzednim moim poście. A dlaczego mamę Bóg jednak nie wskrzesił? Miał widać inne plany. Ale, choć wydawać by się to może szalone, nie zdziwiłbym się, gdybym kiedyś jeszcze miał się o coś takiego modlić. A wtedy kto wie, co z tego będzie... Może muszę zrobić jeszcze jeden krok, albo kilka...

Już na sam koniec muszę stwierdzić: Szkoda, że mama umarła. Ale wierzę, że w tym wszystkim jest jakiś sens. A wydarzenia, które wtedy miały miejsce, też były ogromnie ważną szkołą i otwarciem na Ducha Świętego, który pomoże mi skuteczniej głosić wielkie dzieła Boże.