Blog przeniesiony

Informuję, że od listopada 2014 niniejszy blog jest prowadzony na nowej stronie xjacek.bartymeusz.pl

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Adopcja

Jako, że nieraz słyszę głosy, że dużo narzekam, to dziś się pochwalę. W sumie, to powinienem kogoś pochwalić, tyle, że nie wiem kogo. Chociaż nie wykluczam, że może to być ktoś, kto czyta mojego bloga. Dziś rano odczytałem maila, w którym była głównie taka treść:


"Szczęść Boże!
Pragnę poinformować, że został Ksiądz objęty modlitwą w ramach Duchowej Adopcji Kapłanów.
Księdza adopcja rozpoczęła się 10 czerwca i jest to adopcja stała, czyli potrwa do końca życia osoby adoptującej. Więcej informacji o adopcji znajduje się w załączniku."
 
Poszukałem, poczytałem i ... wielkie, wielkie Bóg zapłać!
Jakby ktoś chciał się do tego dołączyć, to zapraszam, poszukajcie, poczytajcie, pomódlcie się. Fajna sprawa i jakże ważna.
 
Chwała Panu!

niedziela, 12 czerwca 2011

Krzyż i droga

Taka krótka myśl:

Jezus chce pomóc nam dźwigać życiowy krzyż. Ale nie jest w stanie tego zrobić, gdy my nie chcemy iść tą samą drogą, co On. Bo Chrystus szanuje naszą wolną wolę.
Nie da się dopasować Jezusa do naszej drogi, lecz musimy iść za Nim, Jego drogą. A wtedy i krzyż będzie łatwiej nieść.

czwartek, 9 czerwca 2011

Pustka

Znów zostałem wezwany do tablicy komentarzem o treści takiej, jak tytuł tego posta. Jak to mówią - z pustego to i Salomon nie naleje. Nie jestem typem człowieka, który chce pisać, by pisać. Raczej powinien mieć co pisać. To też nie jest tak, że żadne myśli i refleksje się nie pojawiają. Ale trzeba mieć czas i siły, by je w sobie pozbierać i przenieść na klawiaturę (a ostatecznie ekran) komputera.

Inna rzecz, że ktoś mi jakiś czas temu powiedział, żebym nie pisał o przeżywanych trudnościach. A chyba w ostatnim czasie, to chyba o tym głównie mógłbym pisać. Na tę kwestię można spojrzeć z różnych stron. Po pierwsze - nie należy udawać, że ksiądz ma łatwe życie. Życie chrześcijanina to krzyż. To także dotyczy księdza. I chociaż gdzieś ogólnie się utwierdzam w przekonaniu o tym, że moje kapłaństwo nie jest pomyłką, to jednak cały czas nie wiem, o co Bogu chodzi względem mnie i najbliższych. A do tego - pojawia się nieraz pytanie, czy oby na pewno w tej chwili idę drogą wybraną przez Boga, czy też nie do końca idę właściwą drogą, a (jak wierzę) Bóg i tak doprowadzi do tego miejsca, które dla mnie wybrał.

Drugie spojrzenie na kwestię pisania o przeżywanych trudnościach, to sprawa, że jeśli mam głosić Ewangelię, to jednak nie powinienem się skupiać na tych sprawach trudnych. Dobra Nowina, to głoszenie orędzia zbawienia i zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Grzech sam sobie takim orędziem nie jest i być nie może. I może dlatego warto poczekać z pisaniem do czasu, gdy będę mógł powiedzieć: "Jezus po raz kolejny zwyciężył - także w mojej sytuacji".

Pojawia się zatem pytanie, czy jest coś pozytywnego, o czym mógłbym napisać? Oczywiście - jest. Szczególnie dziś. Zdałem bowiem trudny egzamin - chyba najtrudniejszy od ponad 8 lat. A, że za mną także wiele różnych innych rzeczy w tym roku szkolnym, coraz bliżej mi do wakacji. Za którymi tęsknię. Mówię szczerze - potrzebuje odpocząć - i od licznych obowiązków i od trudnych relacji z ludźmi i od tego wszystkiego, co mnie ostatnio niemalże wykańcza. Wierzę, że już niedługo będę mógł na nowo napełnić swoje akumulatory i z większą ochotą podejść do życia i do tego, co Bóg ode mnie oczekuje. Być może, gdy uda mi się zdystansować od tego, co wokół się dzieje w sprawach światowych, łatwiej będzie zbliżyć się do spraw Bożych. Bo może z nimi nie jest jakoś źle, ale za dobrze chyba też nie do końca. Po prostu... taka pustka... 

I tyle...


niedziela, 15 maja 2011

Kran i kaktus

Ponieważ wypadałoby coś napisać, więc podzielę się dwoma myślami z ostatnich dni. 

Człowiek jest jak kran, przez który przepływa woda . Tyle tylko, że tą wodą jest Miłość Boża. Jeśli człowiek zamyka się na Miłość Bożą, to staje się jak bezużyteczny kran odcięty od źródła wody - a taki obecnie nie jest potrzebny. Może kiedyś się przyda - o ile wcześniej całkowicie nie zardzewieje. Inna rzecz, że nie wystarczy mieć kontaktu z wodą (Miłością Bożą), trzeba także się otworzyć i pozwolić, by ta woda przepływała. Gdy kran jest stale zakręcony i nie przepływa przez niego woda, też jest bezużyteczny i w sumie można by wodę całkowicie odciąć od niego. Podobnie jest z nami - gdy próbujemy Bożą Miłość zostawiać tylko dla siebie, to i tak ona w nas nic dobrego nie uczyni. Nie dzielenie się miłością otrzymaną od Boga powoduje to, że tak naprawdę tej miłości i my nie otrzymujemy.

Zatem, by żyć Bożą Miłością, trzeba się na nią otwierać oraz otrzymaną przekazywać dalej. W innym wypadku nasze życie staje się bezwartościowe, a nasze piękno zaczyna zakrywać rdza naszych grzechów i problemów.

Drugi przykład też związany z wodą. Jednemu panu powiedziałem, że można próbować podlewać kwiatki wodą raz do roku, tylko pewno nie przeżyją tego. To miało być nawiązanie do jednokrotnego w roku przyjmowania Komunii św. Po chwili uświadomiłem sobie, że są kwiaty, które potrafią długo wytrwać bez wody - to kaktusy. Tyle tylko, że one kłują, chroniąc się przed intruzami. Ale to też dobrze pokazuje nasze życie bez Komunii - jeśli człowiek nawet potrafi przeżyć, to staje się jak te kaktusy. Lepiej się do takiego człowieka nie zbliżać, bo rani, broniąc się przed stanięciem w prawdzie i uświadomieniem sobie, że mimo wszystko lepiej żyć i miłością, Chrystusem i Jego prawdą na co dzień, a nie tylko od święta.

wtorek, 3 maja 2011

Świeca za 130 zł

Za mną (i nie tylko) dwie grupy komunijne dzieci. Tak, tak... Odbyły się w trakcie beatyfikacji Jana Pawła II. Nie podejmowałem nawet prób zmiany terminu Komunii, bo zarezerwowany lokal na I Komunię dziecka, to rzecz święta - na pewno (w mniemaniu wielu rodziców) ważniejsza niż jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Kościoła współczesnego.

W trakcie jednej z Mszy wydarzył się pewien incydent, który możliwe, że będzie dla mnie inspiracją do kazania - np. przy następnych dwóch grupach komunijnych (w najbliższą niedzielę). W procesji z darami przewidziana była świeca. Jedna z mam kupiła taką ładną - za 130 złotych. Trochę się zdziwiłem, że została przyniesiona w procesji nie zapalona. Gdy po Mszy zdziwiony zapytałem, dlaczego osoba odpowiedzialna nie zapaliła, dostałem odpowiedź, że były podjęte 3 próby zapalenia, ale bardzo szybko świeca gasła.

Pomiędzy kolejnymi grupami komunijnymi było jakieś pół godziny przerwy, więc podjęliśmy dochodzenie, o co poszło. Okazuje się, że ta droga świeca, to tak naprawdę lampka oliwna, tylko tak obudowana, że wygląda na ładną świecę. 

I co? Domyślasz się czytelniku, jaki był problem? Oczywiście - świeca (lampka oliwna) była - tyle tylko, że bez oliwy.

Jaki stąd morał? I dlaczego można to użyć w kazaniu - szczególnie na I Komunię? Nieraz z ludźmi jest jak z tą piękna i drogą świecą. Wszystko ładnie, pięknie... Tylko w środku pusto. A niektórzy się dziwią, dlaczego w życiu tak mało dobrych owoców? 

Nie potrzeba dziecku kupować pięknej sukienki, ani drogich prezentów na Komunię. Trzeba się zatroszczyć o wiarę dziecka oraz czystość serca i napełnienie Duchem Świętym. Bo inaczej, to nic dobrego z tej Komunii nie wyjdzie. Z pustego, to i Salomon nie naleje. A Pan Bóg za nas wszystkiego nie zrobi.