Wykonało się...
Jezus umarł...
Za mój i Twój grzech...
Bo mnie i Ciebie kocha...
Czy Ty w ogóle w to wierzysz?...
Czy Tobie to nie spowszedniało?...
Czy dziękujesz Mu za to, chociażby przez systematyczne wypełnianie przykazań i przyjmowanie Komunii?...
Pomyśl...
Blog przeniesiony
Informuję, że od listopada 2014 niniejszy blog jest prowadzony na nowej stronie xjacek.bartymeusz.pl
sobota, 7 kwietnia 2012
środa, 4 kwietnia 2012
Kiedy jest strasznie?
Rozmowa podczas spowiedzi:
- Proszę księdza, z
moim chodzeniem do kościoła nie jest tak strasznie. Opuściłem tylko kilka Mszy
św.
- A ile według pana Mszy św. opuszczonych, to „strasznie”?
- Noooo… dużo
- A niech pan sobie wyobrazi, że wraca do domu wieczorem. Próbuje
pan otwierać drzwi kluczem, a okazuje się, że nie pasuje do zamka (bo zmieniony).
Przed drzwiami stoi walizka z wszystkimi pana osobistymi rzeczami. A na
drzwiach wisi kartka – „może pozwolę Ci odwiedzić mnie na święta, jak będzie mi się chciało”.
Byłoby strasznie?
- No… pewno tak
- To niech pan
pomyśli, że raz opuszczając Mszę św. robi pan z Jezusem to, co żona z mężem w
tym przykładzie. Nadal pan twierdzi, że opuszczenie kilku Mszy św. to nie strasznie?
- :(
poniedziałek, 19 marca 2012
Czas powrotów
W sumie, to sam nie wiem, o jakie powroty może chodzić, bo teoretycznie donikąd nie wracam. Ale taki mi się nasunął tytuł posta. W sumie, to do posta zbierałem się od dwóch tygodni. Bo wtedy to skończył się u mnie okres wizyty duszpasterskiej. I niby miałem okazję trochę odetchnąć. Jednakże okazuje się, że niezupełnie jest tak. W tej chwili natomiast jakoś czuję większy spokój.
Za mną 3,5 miesiąca chodzenia po kolędzie. Faktycznie było o 4 tygodnie mniej. Ale przerwa świąteczna, czy nawet ferie szkolne, to czas, w którym jawiła się świadomość, że zaraz trzeba na kolędę wrócić. Na obecną chwilę wizyty duszpasterskiej nie będzie do listopada, więc trochę luzu powinienem znaleźć. Chociaż tak naprawdę, to nie wiem, czy koniec kolędy, bo ostatnio dzwoniła jakaś kobieta wydzierając się na mnie, jak to możliwe, że do niej po kolędzie nie poszliśmy w trakcie dodatkowych terminów. Ponieważ nierealne jest udowodnić, że ta pani rzeczywiście nas o taką kolędę prosiła i nie można wykluczyć, że ktoś z plebanii jest temu winny, więc zapewne jeszcze u tej pani się pojawię przed świętami - może w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin.
Reakcja tej pani, która być może rzeczywiście poczuła się zlekceważona przez księży, jest jednak pewnym wyznacznikiem, co to znaczy okres kolędowy. Dużo niestety w tym emocji, iluś żali, pretensji, przyjmowania z obowiązku itp. Na szczęście nie jest to jakiś ogromny procent parafian, ale nawet kilka procent rodzin spośród 1717 do których pukałem daje niezły wynik.
Kolęda była na tyle intensywna, że chyba minione dwa tygodnie dochodziłem po niej do siebie. Tym bardziej, że w międzyczasie chyba nie miałem jakiegoś wolnego wieczora. Ileś osób czekało na moment, gdy wreszcie skończę wizyty duszpasterskie i będą mogli się ze mną spotkać, porozmawiać itp. Do tego w miniony weekend prowadziłem rekolekcje dla naszej wspólnoty. I to wszystko razem powodowało, że nie tylko nie miałem czasu/sił/serca do pisania na tym blogu, ale nawet do odpisywania na ileś maili. Dziś na sporą część odpowiedziałem. Inna rzecz, że nie potrafię powiedzieć, czy wszystkim odpisałem, bo codziennie średnio dostaję kilka i można z perspektywy czasu przegapić, komu jeszcze nie odpisałem. Na ileś w ogóle nie jestem w stanie.
Cóż... Takie kapłańskie życie. Ale dziś chyba zaczął się czas powrotów. Świeci słońce, idzie wiosna, dziś pierwszy raz od kilku miesięcy mogłem spać do ósmej rano. Można (mam nadzieję) wrócić do życia.
A więc... do poczytania następnego posta (być może już niedługo).
poniedziałek, 13 lutego 2012
Zasada kanapki
W życiu często jest jak z kanapkami...
Wytłumaczę o co chodzi...
Kanapka, to pewna rzecz, z którą spotykamy się na co dzień. Zazwyczaj składa się z dwóch ważnych elementów - jednej warstwy pieczywa oraz czegoś położonego na to pieczywo. Zdarzają się oczywiście kanapki z dwóch warstw pieczywa. No... w kanapce bywa jeszcze jakieś masło/margaryna, nieraz jakieś dodatki. Ale ja chciałbym się skupić na tych dwóch ważnych elementach pieczywo (jedna lub dwie warstwy) oraz np. wędlina.
Myślę, że dosyć jasne jest, że tym lepszym elementem jest wspomniana wędlina. Gdyby samo pieczywo było bardzo atrakcyjne w jedzeniu, to niczym trudnym nie byłby post o chlebie i wodzie, a producenci wędlin dawno by zbankrutowali.
Zatem kanapka w uproszczeniu, to: pieczywo (gorsza część kanapki), wędlina (lepsza część) oraz niekiedy jeszcze jedna warstwa pieczywa (czyli znowu ta gorsza część).
Jaki to ma związek z życiem i moim porównaniem w pierwszym zdaniu tego posta? Mianowicie zauważam, że jeśli w życiu są dobre wydarzenia, to zaraz obok są też i te trudniejsze. I to jest tak, że czym lepsze rzeczy się zdarzają, tym i trudniejsze doświadczenia pojawiają się obok. Gdy coś dobrego się przytrafia w sposób niemalże niezaplanowany, to mamy do czynienia z jednowarstwową kanapką. Te trudne doświadczenia często są po prostu po tych dobrych. Gdy jednak dobre i ważne sprawy duchowe są w planach i się do nich przygotowujemy, to mamy kanapkę dwuwarstwową - tzn. dużo trudności przed tym dobrem, samo dobro oraz trudne doświadczenia później.
Może to wszystko zagmatwane. Ale ja widzę, że tak właśnie jest - także obecnie ze mną. Może nic w tym odkrywczego, ale jednak. Wokół mnie próbujemy robić ileś dobrych rzeczy - w ostatnich tygodniach ewangelizacyjny kurs "Nowe Życie" oraz Msza św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. I w obydwu sytuacjach - ważnych i dobrych duchowo - była taka dwuwarstwowa kanapka. Trudności przed i po. A w trakcie - nawet, jeśli trudno, to jednak pięknie.
W całej tej sprawie ważne jest, by się nie skupiać na tych trudnościach - na tych gorszych warstwach tej całej kanapki. To co istotne, to te dobro, które się wydarzyło. A gdyby dookoła nie było żadnych trudności, albo były niewielkie, to obawiałbym się o to, na ile wspomniane dobro było realne, a na ile tylko udawane.
I chociaż u mnie w ostatnim czasie i sporo zmęczenia i ileś różnych stresów (do takiego stopnia, że trudno coś opisywać na blogu), to się cieszę, że jednak pomiędzy tym jest też ileś dobra - na chwałę Pana!
Alleluja! (PS. jeszcze można, bo nie Wielki Post :P)
niedziela, 12 lutego 2012
Homilia z 12.02.2006.
Dziś w Ewangelii słyszymy o oczyszczeniu trędowatego. Niby nic nadzwyczajnego – przecież prawie co tydzień słyszymy o cudach Pana Jezusa i o licznych uzdrowieniach. A jednak całość dzisiejszej liturgii słowa każe nam spojrzeć szerzej i przyjrzeć się opisanemu wydarzeniu.
Obecnie trąd jest mało znaną chorobą. Wiemy, że trędowatymi zajmowała się błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, także ojciec Marian Żelazek, który kilka lat temu zgłoszony był do pokojowej Nagrody Nobla. Zapewne także dla wielu z nas choroba ta kojarzy się z tytułem filmu i powieści Heleny Mniszkówny. Warto jednak przyjrzeć się istocie prawdziwej choroby i konsekwencjami dla człowieka dotkniętego trądem. Była to szczególna choroba, która nie tylko powodowała cierpienia człowieka, ale przede wszystkim wyłączała go ze społeczeństwa. Pierwsze dzisiejsze czytanie pokazuje nam, jak Prawo przekazane ludziom przez Mojżesza nakazuje traktować osoby trędowate. Osoba dotknięta trądem miała mieszkać w odosobnieniu, chodzić w porwanych szatach, z potarganymi włosami i zasłoniętą brodą, powinna innych ostrzegać wołając o swojej nieczystości. Przepisy prawne dotyczące nieczystości wynikającej z kontaktu z trędowatymi były analogiczne jak w przypadku kontaktu z nieżywym człowiekiem. W ten sposób trędowaty stawał się dla społeczeństwa niemalże jak człowiek martwy. Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o tym, aby takie osoby przyprowadzać do kapłanów, którzy ustalali chorobę i związaną z nią nieczystość, a także po oczyszczeniu z trądu uznawali za czystego. Przepisy prawa ustalały odpowiednie ofiary dla Boga po oczyszczeniu.
Znając problemy związane z życiem trędowatego, łatwiej zrozumieć dzisiejszą Ewangelię. Do Pana Jezusa podchodzi człowiek dotknięty trądem. Niewątpliwie musiał się w tym momencie narazić na spojrzenia otaczających Chrystusa ludzi. Wie, że nie powinien się zbliżać i uprzedzić o swojej obecności. A jednak łamie pewne stereotypy i podchodzi. Z wiarą wyznaje, że wie, iż Pan Jezus może go oczyścić. Tak też się staje. Chrystus zlitował się nad chorym. Ktoś mógłby zapytać, czy nie bał się stać nieczystym. Warto sobie przypomnieć, że według Jego słów, prawdziwa nieczystość wypływa nie z zewnątrz lecz z serca człowieka (por. Mk 7,14-23). Pan Jezus po uzdrowieniu zabrania człowiekowi rozgłaszania o dokonanym cudzie. Może dziwić, dlaczego nie chce rozgłosu. Otóż wprawdzie Pan Jezus czynił cuda, aby ukazać chwałę i moc Bożą, jednak nauczanie o Jego mocy dla większości ludzi miało pozostać tajemnicą aż do zmartwychwstania. Uzdrowiony człowiek nie wypełnił tej prośby. Zapewne nie było to zlekceważenie polecenia, ale podzielenie się wielką radością. Ten człowiek, który przed chwilą był niemalże jako wyłączony ze społeczeństwa martwy, staje się zdrowym, pełnowartościowym człowiekiem. Nie był w stanie zachować radości dla siebie.
Sytuacja opisana w dzisiejszej Ewangelii w pewnym stopniu wielokrotnie pojawia się w naszym życiu. Każdy z nas ma jakieś problemy. Nieraz są one bardzo skryte, wewnętrzne, a bywają takie, o których każdy z zewnątrz wie, a których bardzo się wstydzimy. Problemem mogą być choroby, grzechy, kompleksy, ale także kłopoty finansowe, w pracy, w szkole, w domu. Z tymi problemami próbujemy walczyć w najróżniejszy sposób, ale głównie własnymi siłami. Często jednak uświadamiamy sobie, że stoimy przed problemem, którego nie sposób rozwiązać. W takim przypadku, albo się poddajemy i uciekamy w jakieś inne problemy, albo uświadamiamy sobie, że jest Ktoś, kto mógłby nam pomóc. Tym Kimś jest Bóg. Człowiek, który ma przynajmniej trochę wiary, zaczyna prosić Boga o pomoc. Często jednak w początkowym stadium jest to chęć wymuszenia na Bogu pomocy. Dopiero człowiek głębiej wierzący, albo taki, który bardziej doświadczył swojej bezradności i konieczności zdania się na Boże Miłosierdzie, zaczyna zgadzać się z Wolą Bożą i mówić do Boga „jeśli chcesz”. Te słowa, wypowiadane dziś w Ewangelii łączą ze sobą prośbę o uzdrowienie oraz otwartość na Wolę Ojca w niebie. To jest wzór modlitwy, która miła jest Bogu. Podobnie modlił się Pan Jezus w Ogrójcu: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22,42). Gdy w taki sposób zanosimy modlitwy, gdy jesteśmy otwarci na Boże działanie i gotowi ze spokojem pogodzić się z Wolą Bożą, wówczas Pan Bóg odpowiada na nasze prośby.
Po otrzymaniu daru od Boga – po naszym uzdrowieniu, nieraz pojawia się inny problem. Zachowujemy się, jakbyśmy niczego i nigdy nie doświadczyli. Brakuje naszej wdzięczności, przekonania o wyjątkowym działaniu Boga. Dodatkowo nawet w przypadku wewnętrznej wdzięczności boimy się tę wdzięczność okazywać publicznie. Rzadko kiedy opowiadamy o działaniu Pana Boga w naszym życiu. A trzeba sobie uświadomić, że to jest ogromnie ważne. Święty Paweł mówi w Liście do Rzymian: „Sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia” (Rz 10,10). Nie da się oderwać wielkiej radości ze Zmartwychwstania Pana Jezusa i z Jego działania w naszym życiu od głoszenia tego otaczającym nas ludziom. Nie możemy wiary zostawiać tylko sobie samemu, ale trzeba nią się dzielić.
Moi drodzy! Dzisiejsza Ewangelia, nazajutrz po Dniu Chorych, pokazuje jak powinna wyglądać nasza współpraca z Chrystusem, którego prosimy o uzdrowienie bądź inną pomoc. Potrzeba pokory, wzywania o pomoc, nieraz złamania pewnych stereotypów, ale przede wszystkim zgadzania się z Wolą Bożą. Ważne jest jednak, abyśmy potrafili za działanie Boga podziękować. Nasza wdzięczność nie może się ograniczać tylko do słów podziękowania, ale także do czynów – chociażby udziału w Mszy świętej lub pomocy innym – oraz do głoszenia innym ludziom o ogromnej mocy Boga i Jego działaniu w naszym życiu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)